ONA:
Zauważyliście, że w filmach od jakiegoś czasu dość dobrze utrzymuje się trend, który mówi o przemijaniu, o śmierci, o pojednaniu przed samym końcem? Patrząc na to jak często ten motyw pojawia się na dużym ekranie, zastanawiam się czy tak faktycznie jest, czy to tylko chwytliwa moda. A może jeszcze coś innego? Może twórcy chcą nam udowodnić, że nigdy nie jest za późno, by wyprostować relacje, naprawić je, dać sobie kolejną szansę…
Do filmu „Gdybym tylko tu był” podeszłam bardzo źle. Tak naprawdę sama nie wiem czego oczekiwałam. I nadal nie wiem co o tym dziele myśleć, ale przyznam się Wam, że zakończyłam seans uryczana i bardzo wzruszona.
Właściwie ciężko tu mówić o jakieś konkretnej fabule. Ten film to bardziej zlepek poszczególnych elementów, scen, które w całości tworzą całość. Aidan Bloom (Zach Braff) to aktor, ciągle niespełniony, ciągle czekający na rolę życia, którą nie będzie reklama szamponu przeciwłupieżowego. Razem z żoną, Sarah (Kate Hudson) i dwójką dzieci tworzą sympatyczną rodzinkę, która oczywiście ma mnóstwo wad, problemów i ukrytych pretensji. W życiu Aidana są jeszcze dwie osoby: młodszy brat Noah i ich ojciec – Gabe. Względny spokój całej familii psuje pewna wiadomość: dzieci Bloomów, uczęszczające do prywatnej, żydowskiej szkoły, najpewniej z niej wylecą, z powodu nieopłaconego czesnego. Edukację miał finansować dziadeczek, więc wkurzony Aidan pędzi do niego z ogromną ilością pretensji. I wtedy się okazuje, że Gabe jest chory. Bardzo chory. Właściwie śmiertelnie chory. Jego organizm zaatakował rak, ma przerzuty, ale nie poddaje się. Chce wziąć udział w eksperymentalnej terapii, która jest kosztowna, co bezpośrednio wpływa na to, że nie będzie mógł łożyć na edukację wnuków. A to dopiero początek problemów. Przy okazji wychodzi mnóstwo innych kłopotów. Dzieciaki, przerażone wizją uczenia się w publicznej szkole, przechodzą na edukację domową, którą ma zająć się Aidan, bo przecież on i tak więcej nie pracuje, niż pracuje. Idzie mu dość nędznie. Sarah, która jest głównym źródłem dochodu, siedzi w swoim małym boksie w korpo i przeżywa katusze, bowiem jej kolega z pracy bawi się w napastowanie seksualne i rozmawia ze swoim penisem w jej obecności. Noah nawet mając świadomość, że jego ojcu zostało niewiele czasu, nie chce z nim się pojednać, a całą swoją energię życiową wkłada w tworzenie kostiumu na konwent. A Aiden… No cóż. On zaczyna zauważać pewne rzeczy. Los brutalnie przetarł mu oczy i teraz tylko od niego samego zależeć będzie jak cała opowieść się skończy. Jak może pomóc żonie? Co może zrobić z dzieciakami, by za te kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, jego relacja z nimi nie była równie ciężka, jak jego z ojcem? Jak namówić brata na pojednanie? Jak pomóc tacie, mając świadomość, jak mało czasu mu zostało? I jak w tym wszystkim znaleźć miejsce dla siebie? Czy to czas na rezygnację z marzeń i pragnień, by poświęcić się rodzinie?
Trochę mamy tu komedii – rodzinka Bloomów jest jedyna w swoim rodzaju, a Aiden to taki dzieciak w ciele 35-latka. Mamy tu trochę dramatu – bo jest choroba, są problemy, są stare zatargi. Jest to film rodzinny pokazujący wszelkie możliwe problemy osób, które zdecydowały się założyć tę podstawową komórkę społeczną. Jest to też film bardzo ciepły, bardzo spokojny, bardzo refleksyjny. Mimo bardzo błahej fabuły, daje do myślenia. To jeden z tych dzieł, które obejrzane w odpowiednim momencie, mogą wywrócić życie do góry nogami. `
ON:
Czasami życie nas przerasta. Bierzemy się z nim za bary i ni cholery nie potrafimy z wygrać. Nie zawsze jest to naszą winą. Po prostu pewnych murów nie da się przeskoczyć, a gór obejść. Pogoń za marzeniami kończy się z wiekiem, kolejnym dzieckiem lub każdym kieliszkiem wychylonym w samotności. Marzenia każdy ma inne, jedni chcą być astronautami, a inni… no cóż – inni chcą zostać aktorami.
Gdy Paulina zaproponowała seans filmu „Gdybym tylko tu był” nastawiłem się bardzo negatywnie. Pomyślałem kolejna nudna, rodzinna historia pełna frazesów i nic więcej. Okazuje się, że im dalej, tym lepiej się to dzieło oglądało. Nie zaliczę go do tytułów wybitnych, ale trzeba przyznać, że ma w sobie coś, co przyciąga do ekranu. Może akurat potrzebowałem takiej słodkogorzkiej opowieści o rodzinnych relacjach, o przemijaniu i porzucaniu marzeń kosztem większego dobra.
Aidan Bloom jest niedoszłym aktorem. Szczytem jego możliwości była reklama, ale kasę za tę fuszkę już dawno przekidał. Problemem jest to, że poza swoim pyskiem ma do wyżywienia żonę oraz dwójkę dzieciaków. No dobra, żona daje radę, bo pracuje w jakieś firmie, wprowadzając dane do kompa, a jej kumpel z boxu non-stop ją molestuje. Ale to, co ona zarobi, nie wystarcza na życie. Kosztem dodatkowym jest edukacja dzieci. Za prywatną szkołę płaci dziadek, ale ostatnio coś zalega z opłatami i młodzież może wylecieć z hukiem.
Tak zaczyna się opowieść o problemach rodziny Bloom. Dziadek przestał płacić za szkołę, bowiem jego organizm ponownie został zaatakowany przez raka. Niestety, tym razem jest gorzej niż było i lekarze nie pozostawiają wielkich nadziei. Prawdopodobnie pomóc może eksperymentalna terapia, ale nie ma pewności czy tak naprawdę przyniesie ona efekty. Wiadomo, że jak się rypie, to do końca, aby można było się odbić od dna. Pozostawiony ze swoimi problemami Aidan szuka wsparcia. Ma je w swojej żonie, ale widać, że i ją męczy obecny stan rzeczy. Drugą osobą, która mogłaby go wesprzeć, jest jego brat – Noah. Tyle, że on to typ samotnika, siedzącego w małej, ciasnej przyczepie. Spędza całe dnie przed komputerem i stara się zarabiać kasę przez sieć. Problem jest jeden – nie udaje mu się to.
Ta opowieść nie jest zła. Pozwala zastanowić się nad tym, co dzieje się na ekranie i przeanalizować także własne życie. Może się okazać, że też biegniemy za marzeniami, które nie mają sensu, a przez to cierpią inne osoby. Scenariusz, muzyka, zdjęcia tworzą swoistą otoczkę, która pomaga nam wczuć się w przeżycia całej rodziny. Pomimo kilku błędów i dziur, to kino ogląda się naprawdę przyjemnie.
