Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Believer

ONA:

Największy problem z religią jest taki, że ludzie biorą ją strasznie na serio. Gdyby każdy ograniczył się do sfery własnej intymności, własnych przemyśleń i żył po prostu dobrze, nie byłoby tego całego religijnego szumu, tej nienawiści, tych wojen. Wystarczyłoby być dobrym człowiekiem i nie doszukiwać się zła tam, gdzie go nie ma. To już nawet nie chodzi o logiczną ideę „boga” – ludzie od zawsze, odkąd tylko zaczęli stąpać po ziemi, chcieli mieć opokę, której mogliby powierzać troski, marzenia, na którą można zrzucić odpowiedzialność słowami „bóg tak chciał”. Ale dla wielu osób i tak „religijność” to podstawa do dyskursu – skoro mam wierzyć, to chcę wierzyć nie tylko sercem, duszą, ale i umysłem. Chcę wierzyć kompletnie. Skoro otrzymałam boski dar myślenia i wolną wolę – pragnę to wykorzystać również w budowaniu wiedzy o bogu, niezależnie od jego postaci i religii, z której pochodzi.

Danny (Ryan Gosling) to żydowski chłopiec, który podczas teologicznych nauk doszedł do bardzo smutnych wniosków. Swoim młodym, ale nad wyraz poukładanym umysłem, nie potrafił z sensem zrozumieć boskich wyroków. Bóg kształtował mu się nie jako byt o potężnej miłości, tylko dużo bardziej jako okrutny, zmuszający swoich wyznawców do strasznych czynów. Przypowieść o Abrahamie skłóciła Danny’ego z bogiem. Przerażony boskim bestialstwem, odwraca się od religii, a pustkę tę wypełnia gniewem, złością, nienawiścią. Wojna się zaczyna. Chłopak zostaje skinheadem i dołącza do innych, z podobnymi „zainteresowaniami”. Dzięki swojej inteligencji, szybko zaczyna się piąć po szczeblach nazistowskiej kariery. Ma silny charakter, jest odważny, a swoją ideologię potrafi uargumentować. Jego nienawiść jest oparta na faktach. A teraz chce zrobić coś spektakularnego. Coś, co będzie wielkie, głośne…

Nie jestem fanką Goslinga. Przemysł filmowy łyknął go, zrobił z niego amanta i nawet jak gra w filmach typu “Drive”, to i tak musi smutnym wzrokiem wodzić za jakąś kobietą. Nie podważam tego, że jest dobrym aktorem, ale mi po prostu nie siedzi. Ale w “Fanatyku” był genialny. Jego bohater jest bardzo dualistyczny. I silny, i bardzo słaby. I zdeterminowany, i pełny wątpliwości. Pragnący miłości, akceptacji i jednocześnie nienawidzący. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca na świecie, nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć sam sobie na pytanie „Kim jestem?”. Wyobraźcie sobie to rozwianie emocjonalne, kiedy ktoś, deklarujący się jako neonazista, w chwilach trudnych nie potrafi pokonać siebie samego i sięga do religii, której nienawidzi. Film jest cholernie mocny, ciężki i dający do myślenia. Mnie nosiło podczas seansu, ale nie dlatego, że sympatyzuję z którymś z obszarów, ale niezdecydowanie bohatera doprowadzało mnie na skraj furii.

Ta historia, oparta ponoć na autentycznych wydarzeniach, wali obuchem po głowie. Każda ideologia, w której pojawia się okrucieństwo – jest zła. Każda doprowadza do bezkompromisowego prania mózgu. Wątpliwości, dyskusje i pytania prowadzą do wykluczenia. A „Fanatyk” to film, który obejrzeć trzeba.