ON:
Po raz pierwszy usłyszałem o Kapitanie Ameryce wiele lat temu, czytając jak głupek komiksy Marvela, wydawane w Polsce przez TMSEMIC. Jako bohater wydawał mi się mało atrakcyjny, wolałem wtedy Punishera, który nie pitolił się z bandziorami. Minęło wiele lat, a za ekranizacje filmów bazujących licencji Maarvel wzięło się ich własne studio. Co by nie powiedzieć, robią to dobrze.
Trochę musiało minąć, nim zabraliśmy się za drugą część przygód kolesia z tarczą. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” jest bezpośrednią kontynuacją opowieści z pierwszego kinowego filmu, który pojawił się trzy lata temu. Po Czerwonej Czaszce nie zostało śladu, ale nad ludzkością zawisło nowe niebezpieczeństwo. Jakie? Tego dowiecie się podczas tej opowieści.
Rogersowi udało się zaadaptować do nowych warunków, stara się nadrobić stracone lata i zdobyć nowych przyjaciół oraz sprzymierzeńców. Jednym z nich będzie Sam Wilson. Niby wszystko wydaje się być okej, aż do dnia, w którym ktoś postanawia wykończyć Nicka Fury’ego. Trzeba przyznać, że plan ten udaje się w 100%. W S.H.I.E.L.D zaczyna się chaos i anarchia. Za stery bierze się stary przyjaciel Nicka, który postanawia wdrożyć wstrzymany wcześniej projekt. Ale to jeszcze nie koniec, bowiem na celowniku znajdują się także inni pracownicy Tarczy, którzy mogą zagrozić wdrożeniu szalonego planu.
Przez ponad dwie godziny mamy okazję cofnąć się w przeszłość i sprawdzić kto tak naprawdę mógł chcieć śmierci Fury’ego. Poza tym, ktoś bardzo, ale to bardzo stara się wykończyć innych agentów Tarczy, którzy mogą być zagrożeniem dla diabelskiego planu. Ma być widowiskowo i tak właśnie jest. To kino pełne wybuchów, strzałów, kopniaków i wyskoków. Tutaj ani na chwilę nie można oderwać oczu od ekranu, bowiem możemy przegapić jakiś drobiazg. Studio Marvela uczy czego tak naprawdę oczekują widzowie. Poza ortodoksyjnymi fanami, którzy czepiają się wszystkiego, są przecież jeszcze ci, tacy jak ja – czyli casual’owcy. Dla mnie liczy się ogólne nawiązanie do komiksu oraz to, że każda kolejna produkcja nawiązuje do wydarzeń z siostrzanych obrazów. To naprawdę super.
Universum Marvela z każdym rokiem otrzymuje nowe produkcje, które są naprawdę widowiskowe i potrafią zapewnić długie godziny rozrywki. To kino lekkie, łatwe i przyjemne, które można polecić każdemu – młodszemu i starszemu kinomaniakowi. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” trzyma poziom, a nam wszystkim właśnie o to chodzi. Polecamy.
ONA:
Nic tak nie wyszło Chrisowi Evansowi jak Kapitan Ameryka. Poważnie. W tej roli jest rewelacyjny, a porzucenie tych nieco pipowatych kreacji na rzecz męskiego, honorowego i bardzo przystojnego żołnierza wszystkim nam zrobiło dobrze. Jest idealny! Każdy fragment jego ciała, od koniuszka tej blond czupryny, przez piękną twarz z błękitnymi oczami, po wszystko to, co znajdziemy poniżej, to jeszcze więcej dobrego, które ponoć wypracował na katorżniczym treningu i co apetycznie podkreśla cieniutka warstwa jakiegoś superbohaterskiego materiału. Evans to Kapitan Ameryka, na którego czekał świat.
Po tym jak spektakularnie pokonał Czerwoną Czaszkę w części pierwszej, czas na kolejną odsłonę jego przygód. Steve Rogers (Ch. Evans) próbuje odnaleźć się w „nowym”, współczesnym świecie, by nie wychodzić na jakiegoś czubka. Ma notes, w którym spisuje różnego rodzaju fakty, np. to, że Nirvana była zespołem. Oczywiście uzupełnianie wiedzy z kilkudziesięciu lat nie jest jego głównym zajęciem, bo oto pojawia się Czarna Wdowa (Scarlett Johansson) z kolejną misją do zrobienia… Jak będzie? Będzie zabawa, będzie się działo! Pomijając fakt, że „koleżanka po fachu” próbuje zeswatać blondasa, to zaczyna być naprawdę poważnie, gdy ktoś postanawia za wszelką cenę trzeba zabić Nicka Fury’ego (Samuel L. Jackson), ale to nadal pikuś! Znowu świat stanął u progu wielkiej tragedii. Tylko Kapitan, wspierany przez Czarną Wdowę, może pokonać wroga, któremu znowu marzy się panowanie nad całą planetą.
Bracia Russo, którzy wzięli na siebie obie ekranizacje przygód pierwszego Avengersa, tym razem dali popalić nieźle. Pierwsza część była nieco utemperowana, ale musieli jakoś zacząć opowiadać tę historię, by takie żółtodzioby jak ja wiedziały co się z czym je. W kolejnej odsłonie jest po prostu spektakularnie. Jest totalnie „WOW!”. Mamy tu mnóstwo dobrze pomyślanej akcji, jest trochę trzymających w napięciu wątków, a wszystko jest podane w przepiękny, zachwycający sposób. To jeden z tych filmów sci-fi, przy którym rozdziewamy usta w szoku, że tak daleko poszła kinematografia, bo przecież 2 dekady temu mielibyśmy żyłki wędkarskie, makiety i dużo gumy. Zawsze mi się wydawało, szczególnie, gdy nie miałam zbyt bogatej wiedzy z zakresu kina superbohaterskiego, że tu liczy się przede wszystkim akcja i efekty, a nie fabuła. A guzik. Avengersi są genialnym przykładem na świetnie współistniejące uniwersum, które łączy się fabularnie w jedną całość. Wystarczy odrobina uwagi (i w moim przypadku wikipedia), by się zachwycić. „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” to świetna historia, którą akcja wypełnia, a nie przytłacza. Okazuje się bowiem, że to superbohaterskie, a jakże, kino polityczne, z intrygą, tajemnicą, a Robert Redford w jednej z ról dopełnia tę zabawę twórców z widzami. No i dodajmy do tego „tego złego”, który jest baaardzo charakternym, zepsutym do szpiku kości jegomościem.
Bardzo polecam. Marvel Studios robi dobrze i z każdą kolejną produkcją – lepiej.
