ONA:
„Wojownicze żółwie ninja” kojarzą mi się tylko i wyłącznie z Balem Starszaka, na którym mój kolega, Jarek, był przebrany za „tego z czerwoną opaską”. Ja na tej samej imprezie byłam „chórzystką z Guns n’ roses”, także jak widać – była to konkretna biba.
Jakoś nie mam po drodze ze zmutowanymi żółwiami, które specjalizują się w ninja sztuczkach. Znam kilka faktów, ale jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do tej historii. Podobnie też podeszłam do filmu i przyznam się szczerze – z całą dozą mojego dystansu, bawiłam się naprawdę dobrze. Zaskoczył mnie przede wszystkim humor. No bo sorry, ale sensu w tej opowieści nie było zbyt wiele.
April O’Neil (Megan Fox) jest ambitną dziennikarką, której marzy się wielki, ważny materiał, a nie tylko wywiady z trenerami odpowiedzialnymi za spalanie tyłka. No i tak się szczęśliwie składa, że faktycznie coś się w mieście dzieje. Klan Stopy, który rządzi całą metropolią, zaczyna mieć przeciwnika. Wielkie i silne tajemnicze istoty bronią prawości. A April, która widziała ich mimochodem w akcji, zaintrygowana jest tą sprawą do granic przyzwoitości… I w końcu ich drogi się krzyżują. Kiedy dziennikarka staje twarzą w twarz (a właściwie twarzą w twarze) z ponad 2 metrowymi, silnymi istotami, które wyglądają jak gigantyczne żółwie, jest w szoku. A kiedy okazuje się, że oni mówią – no cóż, każdy by zemdlał z wrażenia. Co się okazuje – dziewczyna zna tę specyficzną ekipę. Otóż dawno temu, kiedy była jeszcze małym brzdącem, często zaglądała do laboratorium swojego ojca, który wraz ze wspólnikiem, Sacksem (William Fichtner) prowadzili dość specyficzne badania. Mała April szczególnie upodobała sobie akwarium, w której przebywały cztery żółwie: Donatello, Leonardo, Raphael i Michaelangelo. Teraz ich drogi krzyżują się ponownie. Na całe szczęście, bowiem chyba tylko oni mogą pokonać psychola, który chce zniszczyć całe miasto.
Wiecie co, ten film naprawdę da się oglądać. Jest durny i bezsensowny, ale to i tak nie ma znaczenia, bo wciąga nas fajna akcja, fajny humor i nawet „jakaś tam” historia. Moja uwaga była skupiona i nawet mnie ta opowieść o zmutowanych, gadających żółwiach zaintrygowała, co tylko źle o mnie świadczy. To nie jest dzieło wybitne, które da nam do myślenia. Może i twórcy próbowali przecisnąć wyższe wartości, takie jak rodzina, przyjaźń oraz to czym mogą skończyć się eksperymenty naukowe na żywych organizmach, ale to i tak bez znaczenia. To typowo wakacyjne, młodzieżowe filmidło, które „się ogląda”, przy czym niekoniecznie należy podczas seansu myśleć. Obsadzenie Megan Fox w roli głównej potwierdza „lekkość” produkcji, ale to w żadnym wypadku nie ujmuje jej atrakcyjności. Świetny odmóżdżacz!
ON:
W latach 80-tych ubiegłego stulecia Wojownicze Żółwie Ninja miały swoją złotą erę. Bajki, figurki, komiksy i cała masa gadżetów napędzała ekonomiczną maszynę. Niestety, w pewnym momencie pojawiły się nowe postacie, nowi superbohaterowie, a czwórka skorupiaków i ich szczurzy mistrz poszli w odstawkę. Co ciekawe, pierwsze komiksy twórcy żółwi Kevina Eastmana przepełnione były brutalnością i krwią. Wystarczy, że poszukacie starych okładek w sieci. Najlepszym chyba przykładem zakapiora jest ten, który zdobi album Eastmana i Bisley’a. Żyły prężą się pod zieloną skórą, a ukochany żółwik dzierży w łapie gnata. Aby dotrzeć do szerszej grupy „Turtlesy” zostały ugrzecznione i to był chyba pierwszy błąd.
Kolejny to próba ich reanimacji w wyprodukowanym przez Bay’a filmie. Za reżyserię „Wojowniczych żółwi ninja” odpowiada Jonathan Libesman, który ma na swoim koncie między innymi horror o Zębowej wróżce. No dobra ma też „Inwazję: Bitwę o Los Angeles”, ale nie oszukujmy się – to dzieło też nie było wybitne.
W „Żółwiach” Libesmana brak tego czegoś. Czegoś, co w opowieściach komiksowych przyciągało do stron. Humor nie był naciągany i wpychany na siłę. Poza tym reżyser trochę się pogubił i nie wiemy tak naprawdę czy żółwie mają być filmem dla dzieciaków, czy może dla dorosłych. Jeśli w przypadku „Transformerów” nie było tego problemu, to tutaj widziałem go przez większą część filmu. Niby dodanie na początku filmu Teenage ma sugerować, kto jest odbiorcą, to jednak nie do końca tak jest. Czwórka żółwich ninja czasem zarzuca tekstami jak ze szkolnej ławy lub pierdzi do woli, by chwilę później naparzać na pełnej pi…e po żołnierzach Klanu Stopy. Już na etapie kinowego trailera wiedziałem, że będę miał problem z tą produkcją, bowiem skorupiaki zupełnie do mnie nie trafiają w tej postaci. Grałem w niejedną grę i zobaczyłem niejeden komiks z tymi bohaterami i uważam, że kinowa produkcja odstaje od prezentowanego kiedyś poziomu.
Scenariusz oczywiście skupia się na najbardziej znanym z wątków, czyli walce przeciw Shredderowi, który zagraża Nowemu Jorkowi i jego mieszkańcom. Musi się pojawić osoba młodej dziennikarki – April O’Neil, musi się pojawić powód do zemsty i walki oraz pokazania żółwich pysków wszystkim mieszkańcom NY. Pomimo ładnych efektów i miłej choreografii „Wojownicze żółwie ninja” nie pozwalają nam się z nimi identyfikować, ani ich pokochać. To film na raz i raczej nie sądzę, aby ktoś szybko pokusił się o dwójkę.
