ONA:
„Pod koniec XX wieku przestałem być istotą ludzką. To niekoniecznie źle. Tak po prostu jest. Budzę się, piszę, jem. Piszę, oglądam telewizję. To mój 20000 dzień na Ziemi” – tymi słowami wita nas Nick Cave, zadziorny, charyzmatyczny wokalista, ucieleśnienie muzycznego geniuszu i twórcy kompletnego, w filmie, który oscyluje na granicy intrygującego obyczaju i autoironicznego dokumentu.
Nick Cave to muzyk, obok którego komercyjne zepsucie przeszło bokiem. Owszem, ma epizod z Kylie Minoque, z którym będzie kojarzony do końca życia, ale to też mu nie zaszkodziło. Był popularny i do dziś jego nazwisko znaczy wiele, ale przy tym wszystkim zachował twórczy artyzm idący zawsze pod prąd, a nie wyłącznie wyrzyg, stworzony z oczekiwań coraz bardziej skretyniałej publiki. Cave’a zawsze było stać na więcej. On formuje sztukę w genialny sposób, a to, co wychodzi spod jego palców, z jego umysłu, gardła, z jego ciała, to czasem gorzkie, czasem słodkie, ale zawsze prawdziwe życie, oplecione jedynie w kilka metafor. Zresztą, sam bohater wyjaśnia to w filmie.
Podobno bycie artystą to pewny rodzaj „upośledzenia”, bardzo zbliżonego do autyzmu. Jestem wstanie to zrozumieć, bo o tej chorobie przeczytałam wiele książek. Masz swój świat, do którego nie wszystkich wpuszczasz. Niby żyjesz jak inni, bo przecież te najbardziej pierwotne ludzkie instynkty mamy wszyscy takie same i tak – Nick Cave też rano wali klocka. Tylko kiedy zedrzesz tą codzienność, okazuje się, że to, co ich – artystów, odróżnia od przeciętności, to nadodczuwanie. Pages podkreśla mi to słowo, więc najpewniej ono nie istnieje, chociaż chyba najlepiej przedstawia to, co mam na myśli. Bartosiewicz śpiewała o Jenny, że ona za dużo widzi i zbyt mocno czuje. I ta myśl krążyła po mojej głowie przez cały seans „20000 dni na Ziemi”, podczas którego mogłam spędzić jeden dzień z artystą, którego cenię bardzo.
Nie przeżyłam 20 tysięcy dni na Ziemi. Nie przeżyłam nawet 10. Ot, ledwo ponad pięć tysięcy. Ale za pomocą Internetu sprawdziłam kiedy to ja zaliczę taką okrągłą rocznicę. Nawet zaznaczyłam ją w kalendarzu. Czy ten dzień będzie inny, niż każdy poprzedni? Tego jeszcze nie wiem, ale tego dnia przekroczę kolejną, bardzo „mistyczną” granicę.
Dokument o tym wyjątkowo-zwykłym dniu z życia Cave’a jest bardzo spokojny, ale przy tym szalenie wciągający. Jest przesycony artyzmem, który miesza się z codziennością. Każda chwila, od przebudzenia, po zaśnięcie, coś, co wygląda bardzo rutynowo, przepełnione i tak jest wartością. Dla jednych może to być proces tworzenia, wtłoczony do rytmu dnia. Dla innych – szczerość i wrażliwość, nawet na to, co pozornie jest błahe. Jeszcze inni zauważą tu dużą dozę ironii, ale i alegorii. Cave wiedział co robi. Tu nadal jest aktywnym, płodnym muzykiem, twórcą, z którego trzewi ciągle wypływa sztuka, pod różnymi formami. Jednak to nadal człowiek, tylko i aż. Ale jednak ciągle gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że to nadal być może jest kreacja, taka codzienna ekstrawagancja. Nie warto tu szukać jednak wyłącznie „biografii”. To film, który poświęcony jest „filozofii” tworzenia, tego jak codzienność wpływa na sztukę, przekłada się na utwory, przez co staje się niezapomniana.
