ON:
„John Wick” w reżyserii Davida Leitcha oraz Chada Stahelskiego, to kino plastyczne, wręcz komiksowe. Poszczególne sceny mogą być kartami wyjętymi z rysunkowej opowieści. To przerysowanie jest tym lepsze, że pozwala widzom już na samym początku w łatwy sposób zaklasyfikować dzieło do kategorii „prostych” filmów akcji, w których nie logika jest najważniejsza, a bezkompromisowa i widowiskowa jatka.
John Wick pochował swoją żonę. Ukochana odeszła. Na pogrzebie kilkanaście osób, na drugim planie twarze są zamazane , bo po co nam wiedzieć kto przyszedł na uroczystość. Dla nas nie są to ważne postacie. Ci ważni są blisko. Wśród czarnych parasoli znajdzie się Marcus. Podaje rękę Johnowi, składa kondolencję. Widać, że panów łączyły interesy, a może coś więcej, ale teraz to już dawne czasy. Marcus przychodzi na pogrzeb z szacunku, który okazuje się nawet śmiertelnemu wrogowi. Pewien kodeks moralny mają nawet najgorsze szumowiny.
John kochał swoją żonę najbardziej na świecie. Dla niej odszedł z zawodu, w którym nie miał równych. Pozostawił za sobą stare życie w kolorze krwi i martwych ciał, a wszedł na drogę cnoty. Niestety, los upomina się o to, co jego i nie odpuszcza w sposób łatwy. Dlatego Johnowi nie było dane nacieszyć się spokojem. Ukochana żona wiedziała, jak ciężko będzie się mu pogodzić z jej śmiercią. Dlatego też, tego wieczora pod jego dom pojechał kurier, który dostarczył paczkę, a właściwie klatkę ze szczeniakiem. Ten pocieszny psiak zwie się Daisy. Do przesyłki dołączony liścik. Ostatnie słowa od ukochanej. Kolejny dzień John spędza w towarzystwie psa i swojego samochodu. Dzień bez niespodzianek i bez dziwnych ekscesów. Do momentu, kiedy na stacji benzynowej spotyka grupkę Rosjan. Jednemu z nich bardzo podoba się auto Wicka – podoba się tak bardzo, że chce je odkupić od właściciela. Odpowiedź może być tylko jedna: „Nie jest na sprzedaż”.
Noc przynosi nowe. Zaniepokojony psiak, trzy cienie w salonie, uderzenie w głowę. Później ostatnie odgłosy, które nie wróżą nic dobrego. Rano mężczyzna budzi się na podłodze. Ciało szczeniaka jest zaraz obok niego. Serce pęka. John odprawia drugi pogrzeb.
Poza samochodem nie zginęła żadna rzecz. Auto było warte dla rosyjskiego dzieciaka więcej niż spokój, którego teraz już nigdy nie będzie miał. Dlaczego? Bo John jest znany, a dokładniej był znany dawno temu. Jego pseudonim to „Baba Jaga”. Kolejne godziny w życiu Wicka, to analiza, planowanie i przygotowanie. W piwnicy pod podłogą znajduje się skrzynka, a w niej broń i złote monety. Czas wyruszyć na łowy.
„John Wick” jest fantastycznym kinem rozrywkowym. Jego postać to bohater, z którym bardzo szybko się utożsamiamy, dopingujemy mu i faktycznie chcemy, aby dokopał komu trzeba i zrobił to w sposób jak najbardziej brutalny.
Jeśli lubicie krwawe kino akcji klasy B, to film Davida Leitcha oraz Chada Stahelskiego będzie dla Was idealny.
ONA:
Jestem typem widza, któremu już filmowa „śmierć” bardzo spowszechniała. Skoro potrafię obejrzeć film, w którym pada 100 trupów, to co się dziwić. A jak wiecie – ja takie kino uwielbiam najbardziej. Krwawe rozpierduchy wymieszane z dobrą akcją, a jak do tego w produkcji gra Statham, to jestem w niebie. Ale nie potrafię zmierzyć się ze śmiercią zwierząt na ekranie. Niezależnie czy to koń, który pada na froncie, czy kura, którą dziarska gospodyni pozbawiła życia, by wykarmić swoje pociechy. Najgorzej znoszę śmierć psów. Nie jestem w stanie oglądać scen, kiedy, kiedy ktoś je źle traktuje, gdy są „tylko” psami, bo przecież one nigdy nie są „tylko psami”! Film, który dziś recenzujemy, już w opisie ma słowa, że ktoś tam komuś morduje psa. I najpewniej nigdy bym tego dzieła nie zobaczyła, gdyby nie to, że zaraz po tej scenie zaczyna się prawdziwa rozpierducha – wszystko, by wymierzyć sprawiedliwość oprawcom małego szczeniaczka.
Idylla rodzinna Johna kończy się wtedy, gdy umiera jego żona. Była ona całym jego światem. Światem, który został odebrany przez chorobę. Ale jedną z ostatnich rzeczy, którą Helen zdążyła zrobić, to kupić mu psa. Wyobraźcie sobie zdziwienie Johna, którego rozwalała żałoba, gdy pewnego dnia w domu pojawił się kurier z przesyłką. Z uroczą, słodką psinką. Helen w swoich ostatnim liście do męża wyjaśnia mu skąd ten pomysł, a John z miejsca zakochuje się w Daisy. Mała towarzyszy mu od rana do wieczora i wydawać by się mogło, że ból mężczyzny trochę złagodniał. Niestety, na stacji benzynowej przypadkiem napotyka zbirów ze wschodnim akcentem, którym bardzo wpadł w oczy samochód naszego głównego bohatera. Trudno się dziwić: zadbany, odrestaurowany klasyk na czterech kołach budzi zachwyt. Panowie proponują mu odsprzedanie maszyny, ale John kategorycznie odmawia. A potem jest już z górki. Pod osłoną nocy zbiry wpadają do domu Wicka, biją go, zabijają bestialsko Daisy i kradną auto. Wyobraźcie sobie co może czuć mężczyzna, któremu umarła niedawno żona, któremu ktoś morduje psa i kradnie ukochany samochód. Jest przewkurwiony!!! Postanawia znaleźć skurwieli i zrobić z nich trofeum na ścianę. I można by pomyśleć jak zwykły facet chce pokonać bandytów? I tu dochodzimy do dość ważnego punktu: John to nie jest zwykły facet. To były płatny morderca, który od „zawodu” odszedł właśnie z powodu miłości do kobiety. Teraz wraca. Teraz chce zemsty. Teraz chce czuć krew na dłoniach…
Co się okazuje: banda zbirów to syn i jego przydupasy od rosyjskiego mordercy, Viggo Tarasova, który słysząc co jego pociecha zrobiła i najważniejsze – komu to zrobiła, sam ma ochotę zabić gówniarza. Ale powstrzymuje się i próbuje ochronić syna przed Wickiem i jego „renomą”. Ogłasza, że ten, kto zabije Johna, otrzyma sowitą nagrodę. Wypuszcza też oddział swoich „przydupasów”, by załatwili kolesia, zanim on wykończy jego syna. A co robi John? No cóż. Trupy padają tu gęsto i często…
Film Leitcha i Stahelskiego zrobił na mnie ogromne wrażenie (poza wiadomą sceną). Jest to kawał rewelacyjnej sensacji, w której jest mnóstwo plusów. Po pierwsze: sama fabuła jest świetna. Okazuje się, że w branży morderców na zlecenie wszyscy się znają, wszyscy są równie mocno wyprani z „moralności” i chętnie sięgają po broń, ale mają swoje zasady, co zresztą wielokrotnie w filmie jest pokazane. Jakiś tam „kodeks”, dość specyficzny, ale jednak – jest. Idźmy dalej: muzyka. REWELA! Dynamiczna i genialnie wypełniająca tło. Każdy dźwięk był we właściwym miejscu i świetnie grał z tym, co działo się na ekranie. Strasznie podobała mi się również choreografia scen walki i tempo, z jakim opowieść o wkurwionym mordercy była prowadzona. No i Keanu. Mój jeżu! Nie wiem co w nim jest, ale oglądanie go, tego jak się porusza, jaką ma mimikę, słuchać jego głosu – to przyjemność sama w sobie.
„John Wick” to kawał rewelacyjnego filmu akcji, w którym poza rozpierduchą, jest też trochę sensu i fabuły. Polecam bardzo!
Ps. Na scenie zabicia psiny miałam zamknięte oczy i zatkane palcami uszy.
