ONA:
Pierwsza część przygód pluszowego misia i jego przyjaciela, Johna Bennetta (Mark Wahlberg) nieco mnie zawiodła. Spodziewałam się jazdy bez trzymanki, a wystarczyło obejrzeć trailery, bowiem wszystkie śmieszne sceny się w nich znalazły. No ok, może 90% z wszystkich scen. Po trzech latach w kinach pojawiła się część druga i z czystym (bo nieużywanym) sumieniem mogę przyznać, że jest zabawniejsza, przy czym – o dziwo – jest tu też dość istotny wątek społeczny. Abstrakcyjny, owszem, ale nadal – JEST!
Ted i jego partnerka, Tami-Lynn wprowadzają swój związek na wyższy poziom. W obliczu boskiego majestatu przysięgają sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Jest słodko i wzruszająco. Co prawda John przeżywa nadal rozstanie z Lori, ale chce uczestniczyć w tak ważnym dla przyjaciela momencie. Niestety, pluszowa sielanka po roku zdycha. Małżonkowie kłócą się o wszystko i to tak konkretnie. Koleżanka z pracy zaleca pluszakowi, by w ich życiu pojawiło się dziecko. Mały, wrzeszczący worek na płyny ustrojowe zawsze pomaga. Problem jest tylko taki, że Ted jest pluszakiem. Nie ma siusiaka, nie ma gonad, nie ma plemników. Potrzebują zatem sztucznego zapłodnienia. Pomysłów było wiele: Sam Jones, czyli nieśmiertelny Flash Gordon, czy też Tom Brady, ale nic z tego. Wreszcie ofiarodawcą życiodajnej porcji białka zostaje John. Niestety, okazuje się, że Tami nie może mieć dzieci. Więc może adopcja? ADOPCJA, TAK! A guzik. Tu się dopiero zaczną problemy. Okazuje się, że wszystkie instytucje społeczne mają problem z Tedem. Przecież on nie jest człowiekiem! Nie jest osobą! Jest rzeczą, jak widelec, czy karton mleka. Ożywiony pluszak razem z żoną, która już nie jest jego żoną, bo unieważniono ich małżeństwo, oraz z Bennettem postanawiają powalczyć o sprawiedliwość. A pomaga im w tym młodziutka, ale bardzo charakterna adwokatka – Samantha (Amanda Seyfried) , która dopiero zaczyna swoją drogę zawodową, ale ma już bardzo wysokie aspiracje. Zaczyna się jazda bez trzymanki!
To jeden z tych filmów, których nie powinny oglądać osoby, które nie lubią tematów związanych z seksem, narkotykami, wydzielinami ciała, szczególnie, że to wszystko podane jest tu w naprawdę konkretnej ilości. Bohaterowie jarają na potęgę, żartują z wszystkiego i z wszystkich, przeklinają, ale robią to w sposób perfekcyjny. Ja lubię taki wulgarny humor, bo on odzwierciedla typowe, ludzkie relacje, szczególnie między przyjaciółmi. Oglądając tego typu dzieła nastawiać można się jedynie na ciężki dowcip, chociaż muszę z nieukrywaną przyjemnością dodać, że te dwie godziny z Wahlbergiem są dla mnie ogromną przyjemnością.
„Ted 2” jest dużo ciekawszy, śmieszniejszy i pierdolnięty, niż poprzednik. Warto.
ON:
Proszę państwa oto miś, miś ma bardzo wyjebane na cały świat, bowiem zwie się Ted. Część z Was miała okazję poznać go trzy lata temu, kiedy to po raz pierwszy pojawił się na ekranach kin. Ted jest koloru kawy z mlekiem, nie jest za wysoki, nie ma misiowego penisa, za to ma świadomość. Czy zatem miś jest człowiekiem? Właśnie na to pytanie chcą odpowiedzieć twórcy drugiej części przygód Teda.
Od przygód Johna Bennetta i Teda minęło kilka lat. Mężczyzna rozstał się ze swoją ukochaną i ma doła jak cholera. W tym czasie misiek bierze ślub ze swoją ukochaną Tami-Lynn. Od wstąpienia na wspólną małżeńską drogę minęło ponad rok czasu i coś dzieje się nie tak. Kłótnie pomiędzy niedźwiadkiem a jego żonką stają się coraz częstsze i coraz bardziej chamskie. Dochodzi od momentu, w którym po prostu się do siebie nie odzywają. Podczas rozmowy z koleżanką ze sklepu Ted dowiaduje się, że najlepszym rozwiązaniem na ratowanie małżeństwa jest zrobienie sobie pasożyta, zwanego dzieckiem. Tedy łyka ten pomysł i leci z nim do ukochanej. Najpierw się przepraszają, a później zaczynają myśleć o dziecku. Niestety, brak penisa w standardowym wyposażeniu pluszaka trochę utrudnia kopulację. W końcu po wielu perypetiach pluszak postanawia poprosić Johna o spermę, którą zapłodnią Tami-Lynn. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem. Najgorsze jednak przed nimi. Jakaś łajza, której żal ściska dupę, że misek jest szczęśliwy, zaczyna dobierać się do jego skóry. Do domu małżeństwa przychodzą kolejne zawiadomienia. Każde z nich informuje Teda o utracie kolejnego przywileju. Najgorszy cios to jednak unieważnienie małżeństwa pomiędzy miśkiem i jego wybranką. To był cios!
John jednak się nie poddaje. Przekonuje Teda do walki o swoje prawa w sądzie. Sprawą ma się zająć młoda pani adwokat – Samantha Jackson. Rozpoczyna się więc batalia o to, aby miś nie był traktowany jako rzecz, ale jako człowiek.
Pierwszy „Ted” mnie rozczarował. Większość świetnych momentów była pokazana w trailerze, a sama historia nie rzucała na kolana. Film miał zbyt wiele dłużyzn i po prostu było jakoś tak nijako. Myślałem, że Seth MacFarlane zrobić coś lepszego. „Ted 2” jest lepszy. Są tutaj sceny perełki, które doprowadziły mnie do ataku śmiechu. Abstrakcyjny, pozbawiony granic humor, pierdzenie, bekanie, napierdalanie się ze wszystkiego i wszystkich – to przepis na sukces tego dzieła. Jak dla mnie jest to świetny odmóżdżacz po całym tygodniu.
To nie jest film, który trafi do każdego. Osoby przewrażliwione i z ogromnym bólem dupy powinny odpuścić sobie seans.
