ON:
Uwielbiam odpalić Deezera i przesłuchać chociaż po jednym utworze, który znajduje się w proponowanym strumieniu. Czasem można znaleźć tam naprawdę wyjątkowe perełki. Ponieważ progresywne klimaty przegrywają ostatnio (czyli tak od 2-3 lat) z muzyką elektroniczną, to w moich słuchawkach częściej słuchać syntezatory, sample i bity, niż długie progresywne solówki. Nie oznacza to, że nie czekam na nowego Wilsona. Nadal PROG zajmuje ważne miejsce w moim życiu, ale… Dziś będzie o dość ciekawym albumie, który miał premierę pod koniec października 2014 roku. Tytuł tego krążka to „Street Life”, a za jego stworzenie odpowiada niemiecki Von Spar.
Kto to Von Spar? To 4 panów: Sebastian Blume, Jan Philipp Janzen, Christopher Marquez, Phillip Tielsch. Zespół założono w kolonii i w chwili obecnej mają na swoim koncie cztery pełnoprawne albumy. Najnowszy to właśnie „Street Life”. Krążki nagrywają we własnym studiu i często współpracują z innymi artystami.
Co jest takiego w tym krążku, że ląduje na blogu? To jeden z tych albumów, które po pierwszym przesłuchaniu lądują w zakładce „ukochane” i katujemy je bez przerwy. Dlaczego? Już tłumaczę.
Jestem muzycznym dziwakiem starej daty, uwielbiam dźwięki lat 80-tych ubiegłego stulecia. Kocham także nowoczesne granie elektroniczne. Nie mówię o technołupance, ale o dźwiękach Wolfsheim, Schillera, Crystal Method, czy Tesla Boy. W tych zespołach jest coś, szczególnie u Wolfsheima i Tesla Boy’a, co pozwala mi katalogować ich muzykę w szufladzie „retro elektro”. Trochę w tym wszystkim klasyki takiej jak Tengerine Dream, dzięki pojawiającym się czasem ciężkim, aż dudniącym syntezatorom. Znajdzie się miejsce dla dźwięków prosto z płyt Giorgio Morodera – ojca elektroniki. Na „Street Life” ta mieszanka dźwięków jest wprost wyśmienita. Mamy do czynienia z krążkiem, który może być i muzyką tła, ale i ścieżką na klubowy dancefloor. Wszystko zależy jak chcemy spędzić wieczór.
Niemcy wyprodukowali prawie godzinę grania. To dużo na współczesne standardy, gdzie „longplay” potrafi trwać 32 minuty. Każdy z ośmiu utworów to swoista perełka, na tym krążku nie ma złych piosenek. Mówię poważnie. Już pierwszy kawałek „Chain of command”, a później „Breaking formation” potrafią przynieść na myśl Bryana Ferrego z fenomenalnej „Olympii”. Męski delikatny wokal i muza, która równie dobrze mogła brzmieć w klubach w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku. Trzeba zwrócić uwagę, że Von Spar nie boi się muzycznych pejzaży, a może powinienem powiedzieć małych elektronicznych uwertur? 7 – 8 minutowe instrumentalne utwory tworzą piękne obrazy wypełnione elektronicznymi dźwiękami. Inna sprawa ma się z „V.O.S.P”. To ponad 6 minut smakowitej mieszanki barw i natężeń. Gdzieś z tyłu głowy brzmi nam Royksoop lub Turboweekend. Dodatkowo nastrój buduje fenomenalny wokal.
Von Spar wrzuca do miksera pudło starych płyt winylowych, dodaje do tego współczesne klawisze, odrobinę sampli i to jest ich przepis na sukces. Może jedni powiedzą, że przepis prosty, ale czasami w prostocie tkwi siła, a siła z jaką Von Spar przekonał mnie do „Street Life” jest ogromna. Polecam z czystym sumieniem.
