ONA:
Dobrze, przyznaję się bez bicia – film, który dziś pojawi się na Marudzeniu i tym sposobem zakończy erotyczny tydzień, jest po prostu beznadziejny i naprawdę nie obrażę się, jeśli po tym zdaniu przestaniecie czytać dalej. „Dziwka”, na którą się zdecydowaliśmy trochę pod wpływem impulsu, jest filmem tragicznym. Pseudo-dokument o najstarszym zawodzie świata jest po prostu ohydny i totalnie męczący.
Rebecca (Denise Richards) jest dziewczyną, która dość mocno zaczyna interesować się kurestwem. Nie mam zamiaru w jakiś zawoalowany sposób nazywać tego „sportu”. Nie chodzi jej o zmianę zawodu, tylko intryguje ją życie kobiet, które się tym zajmują. Interesuje ją to wszystko, co jest z tym związane: klienci, spotkania, sztuczki, ale również to co popchnęło daną dziewczynę do takiego, a nie innego, wyboru. Dość szybko w jej pseudo-analizie zaczyna pomagać jej Adrianna (Daryl Hannah), jej sąsiadka, która „dorabia” sobie ciałem… A poza tymi dwiema kobietami, w filmie występuje jeszcze kilka innych, które w „wywiadzie” opowiadają o swojej „karierze” na tak zwanej „dupie”.
Mamy tu analizę wielu przypadków. Każda z dziewczyn odpowiada na te same pytania, dotyczące wyborów, historii, upodobań klientów. Każda z nich ma inny bagaż doświadczeń. Jedne podchodzą do swojego „zawodu” dość profesjonalnie, licząc, że niedługo będą mogły zacząć inną pracę, inne – dosyć cynicznie, bo przecież lubią seks, a jak dodatkowo kasa wpadnie, to po co narzekać. Sporo miejsca poświęcono tu również facetom, zarówno tym, którzy zarabiają ciałem, jak i tych, którzy korzystają z usług dziewczyn. Jedni szukają tego, czego nie jest w stanie zapewnić im żona, inni – wyłącznie zaspokojenia potrzeby. Obraz i wniosek płynący z tego „dzieła”, jest jednak dosyć smutny. Kontrowersja jest tu trochę upchana na siłę, a całość przypomina mi bardziej program typu „99 naj* cośtam cośtam” niż film, którym przecież jest. No właśnie. Jest? To jeszcze film fabularny, czy trochę bardziej kinowy dokument? Zresztą nieważne – cokolwiek nie wybierzecie i tak to dzieło jest po prostu słabe.
Ach, zmęczyły mnie te dni. Zaczynam już tworzyć drugą listę filmów erotycznych, które warte są uwagi i liczę, że mi w tym pomożecie. Ta, którą wybraliśmy z Dawidem, była po prostu słaba. W wyścigu na czele jest „9 i pół tygodnia” i „Gorzkie gody” i zdecydowanie „50 twarzy Grey’a”, który w porównaniu z dzisiejszą „Dziwką” okazuje się być wysublimowanym, zmysłowym i ciekawym dziełem.
ON:
Tydzień z kinem erotycznym dobiegł końca. Mieliśmy okazję obejrzeć różne produkcje: jedne lepsze, inne gorsze. Na sam koniec zostawiliśmy sobie wisienkę w postaci „Dziwki” w reżyserii Marii Lidon. Ten sfabularyzowany dokument jest najlepszym przykładem na to, że dobry temat można zniszczyć słabą produkcją, sztywnymi aktorami i ogólnym brakiem pomysłu na film.
„Dziwka” to film składający się z dwóch sekwencji. W jednej różne osoby związane z prostytucją, erotyką lub pornografią odpowiadają na pytania dotyczące ludzkiej seksualności. W drugiej sekwencji mamy do czynienia z opowieścią o młodej studentce, która studiuje antropologię i cały czas brakuje jej pieniędzy na bieżące wydatki. Jej współlokatorka to „dama do towarzystwa”, która postanawia pomóc koleżance i wprowadza ją w tajniki zawodu prostytutki. Niestety, cała ta sekwencja jest bardzo słabo zagrana i złożona. W związku z tym więcej frajdy daje nam oglądanie mini-wywiadów z prostytutkami lub męskimi dziwkami.
Podczas seansu dowiemy się trochę pikantnych szczegółów z życia prostytutek, poznamy wiele faktów dotyczących seksu, antykoncepcji, perwersji i zboczeń. To taka pigułka pełna rozkoszy, której odbiorcami możemy być także my. Nie nastawiajcie się na goliznę. Erotyki jest tutaj naprawdę mało. Kilka nagich ciał, kawałek piersi i pośladki. Gdy złożymy do kupy obie sekwencje, to dostaniemy kino nijakie, które nie wnosi nic do kanonu, ani do samej kinematografii. Przeciętność jest tutaj namacalna i nic nie jest wstanie tego zmienić. Nawet obsadzenie w jednej z ról Deryl Hannah niczego nie zmienia.
„Dziwka” jest oderwana od kina, które przyszło nam oglądać przez ostatnie kilka dni. Nawet najgorsze z recenzowanych przez nas produkcji miały jakieś przesłanie, zawierały jakąś puentę, prowadziły do swoistej konkluzji. Tutaj tego brak. Na całe szczęście film trwa 87 minut i jest tak niewymagający, że spokojnie podczas seansu możemy robić coś jeszcze, np. serfować po sieci. Co tu wiele mówić. Produkcja ta bardziej przypomina film, jaki puszczało się na lekcjach wychowania seksualnego, niż porządny, rzetelny dokument. Unikajcie, jak ognia, bo szkoda tylko waszego czasu.
