ON:

Millerowskie „Miasto Grzechu” znalazło na całym świecie ogromną rzeszę fanów. Nie ma się czemu dziwić, gdyż mamy do czynienia z dorosłym, pełnym starych wartości, a także seksu i przemocy, komiksem. Czerpiąc garściami z kina i książek NOIR, Miller stworzył miasto, które żyje swoim własnym, niebezpiecznym życiem. Pierwsze, filmowe „Miasto grzechu” nie rzuciło na kolana, ale w wyjątkowy sposób oddawało klimat czarno-białego komiksu. Mój zapał zupełnie ostygł i nie czekałem na kolejną ekranizację opowieści z „Miasta grzechu”.

Rodriguez wraz z Millerem chcieli ponownie stworzyć zgrabne kino, które jednak teraz nie wyszło tak dobrze, jak pierwsza opowieść. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest lekkie zagmatwanie i przeplatanie się historyjek. W komiksie wszystko wydawało się grać i wpadać na swoje miejsce, jednak w przypadku produkcji filmowej nie udało się utrzymać tak dobrego rozkładu scen. Tytułowa „Damulka warta grzechu” naprawdę ciągnie tą opowieść dzięki niesamowitej Evie Green, która potrafi być wampem, a za chwilę przeradza się w bezbronną dziewczynkę. Drugą postacią, wyraźnie odstającą od reszty, jest Marv. Grający go Rourke to klasyka smakowitości. Wielki jak dąb chłop, o garściach jak bochny chleba, a w środku ogromne serce, bijące tylko dla jednej kobiety. Ostatnia postać z „Miasta Grzechu”, która jest diabelnie autentyczna i bezwzględna, to Senator Roark zagrany przez Powersa Boothe’a. Można o nim powiedzieć wszystko, poza tym, że jest honorowy. Każda z tych trzech postaci ma swoje pięć minut i wykorzystuje je do granic możliwości.

Dochodzimy do sedna. Rodriquez wraz z Millerem zrobili niezłą robotę, tyle że jest ona bardzo wtórna. Podczas seansu mamy wrażenie, że gdzieś to już widzieliśmy i nie jest to mylne odczucie. Wszystko bowiem było w pierwszym filmie, opowiadającym historie z „Miasta grzechu”. Na pewno każdy fan będzie się cieszył z tej produkcji, ponieważ na ekran wracają dobrze nam znane postacie oraz pojawiają się nowe, które nie zawsze cieszą się długim i szczęśliwym życiem. No ale wiadomo – takie jest Sin City.

„Sin City: A Dame to Kill For” to nadal dobre, ciężkie kino z pogranicza thrillera, sensacji i filmów NOIR. Nie wiem czy kolejna część powstanie i czy jest ona w ogóle potrzebna. Musiałoby się coś zmienić, bowiem w obecnym kształcie nie mamy tutaj nic, co może nas zaskoczyć. Szkoda, bo potencjał jest wyjątkowy, ale chyba twórcom brakło pomysłu na stworzenie czegoś lepszego.