ONA:
Umówmy się: jeśli chodzi o filmy, które dzieją się na łodziach podwodnych, to jest „Polowanie na Czerwony Październik”, a potem długo, długo nic. Nie da się przeskoczyć tego tytułu, bo jest w nim kwintesencja filmów, które dzieją się głęboko, w morskiej otchłani. Jest tam tajemnica, niebezpieczeństwo, jest klaustrofobiczny stres i igranie z ogniem w postaci broni wroga, która w kilka sekund jest w stanie wysłać kilka istnień do aniołków…
Robinson (Jude Law) wylatuje z pracy, podobnie jak kilku innych jego kolegów po fachu. Wszyscy oni długie lata spędzili na łodziach podwodnych, zapominając o swoich rodzinach, o bliskich, o życiu nad poziomem morza. I to kończy się nagle. Na szczęście, los im sprzyja. No, załóżmy… Ktoś im mówi o łodzi, jeszcze z czasów II Wojny Światowej, która wypełniona jest złotem do granic przyzwoitości. Plan więc jest prosty: trzeba znaleźć „mecenasa”, który wyłoży kapuchę na sprzęt, trzeba zdobyć załogę i zanurzyć się po niewyobrażalne bogactwo. I wszystko idzie jak według listy. Bogacz za 40% „znaleźnego” daje im starą łódź. Mawiają, że stary sprzęt, podobnie jak stare kurwy – obsługuje najlepiej. Załoga? Nic prostszego. Trochę z ekipy i do tego kilku rosyjskich kumpli. Każdy ma otrzymać taką samą część skarbu. Każdemu po równo. I tak zaczyna się przygoda, która miała być drogą do szczęścia, spokoju i bogactwa, która miała im wszystkim zapewnić komfort życiowy, a która zaczęła się sypać bardzo szybko… Ten plan nie miał prawa się powieść…
Co ciekawe, mężczyznom udaje się odnaleźć wrak, wypełniony kilkoma niemieckimi trupami, ale i taką ilością złotych sztabek, że można skonać. I skoro doszliśmy do „konania”… No cóż, człowiek jest pyszny i łapczywy. Za wszelką cenę chce się wzbogacić, a jak wiadomo, jeśli kogoś z załogi ubędzie, to „część” do zgarnięcia się zwiększy. A jak zniknie kolejna osoba, to… Ok, bez spoilerów…
„Black sea” to film bardzo brzydki i brudny. Nawet Law nie przypomina tu przystojnego playboya, tylko zoranego życiem faceta, który ma ostatnią szansę na wygrzebanie się z dupy życiowej. Ta produkcja miała w sobie ogromny potencjał, była początkowo bardzo charakterna i dawała nadzieję. A potem zaczęły się sypać jak z rękawa kolejne bzdury, kolejne ujęcia, które nie mają w sobie krzty logiki i sensu. Nagle film z bardzo fajnego obyczajowo-sensacyjnego dzieła, staje się gniotem, które jest niedopracowane pod każdym względem. Nie ma w nim napięcia, nie ma emocji, jest za to wszystko to, co można upchnąć pod „mały/źle zagospodarowany budżet”. Aktorzy mają beznadziejną dykcję, nie wspominając już o umiejętnościach zawodowych. Nie ma tu za grosz atmosfery, a na koniec „nawet ich mi nie żal”. Odradzam. Lepiej po raz kolejny obejrzeć „Polowanie…”
ON:
Kevin Macdonald przekonał mnie do swojej kinematografii po seansie „Ostatniego króla Szkocji”. Na pewno wpływ na to miał także fenomenalny Forest Whitaker, który ukradł ten film swoją rolą. W kinematografii Macdonalda pojawiały się lepsze lub gorsze produkcje, ale kilka z nich potrafi naprawdę zapaść w pamięć. Warto więc sięgnąć po jego starsze dzieła, które są całkiem niezłe.
Jednym z ostatnich filmów które wyszły spod jego ręki, to „Blac Sea”, w którym główne skrzypce odgrywa Jude Law. To całkiem sensowne kino, które niestety nie uniknęło błędów logicznych. Nie są one jednak tak rażące, aby przeszkadzać w odbiorze tego obrazu. Wszystko ma początek w pewnym biurze. To tam Kapitan Robinson (Law) dowiaduje się, że jego wiele lat oddanej pracy właśnie spuszczono w kiblu. Jego doświadczenie zdobyte na łodziach podwodnych nie jest już potrzebne, ponieważ firma po prostu go wywala. Teraz tak naprawdę przyjdzie nam poznać Robinsona. To facet oddany pracy, który postawił ją na pierwszym miejscu, przez co stracił żonę i dziecko. Obecnie samotny mężczyzna gnieździ się w niewielkim robotniczym mieszkaniu i raz na jakiś czas spotyka się na piwie z innymi, podobnymi do niego byłymi marynarzami. Podczas jednego z takich spotkań wychodzi na jaw pewna informacja: historia o zatopionym w Morzu Czarnym okręcie podwodnym, wypełnionym sztabami złota. W głowach podstarzałych marynarzy rodzi się szalony pomysł. Następne dni to szukanie sponsora, kogoś, kto wyłoży ogromną ilość pieniędzy na nie do końca legalną wyprawę. Gdy się to udaje należy skompletować załogę, składającą się w połowie z Anglików, a w połowie z Rosjan. Zaczynają się ekspedycja.
Oczywiście, gdy pojawia się ogromna kasa pojawiają się także problemy i ludzka chciwość. Pomimo zapewnień, że każdy otrzyma równą działkę zaczynają się pierwsze konflikty, które doprowadzają do śmierci jednego z marynarzy. Zaczyna się robić bardzo nieprzyjemnie. Załoga zamknięta w stalowej konserwie na dnie morza, a nad nimi flota czarnomorska.
Nie powiem, że film Kevina Macdonalda jest wyjątkowy, że to genialna produkcja, bo napisałbym nieprawdę, ale daje on radę. Ważne, że ogląda się go dobrze i potrafi trzymać w napięciu, ale nie oczekujcie fajerwerków. To po prostu dość przewidywalna, czerpiąca ze starych schematów opowieść o załodze łodzi podwodnej.
