Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Wałęsa. Człowiek z nadziei

ONA:

Zabierałam się za tego „Wałęsę”, zabierałam z coraz większym brakiem ochoty, aż w końcu „runął już ostatni mur” i zostałam sam na sam z byłym prezydentem, człowiekiem, którego doceniają na całym świecie, poza ojczyzną.

Abstrahując od samego bohatera, jego politycznej drogi, wyborów, rodziny, sukcesów, porażek i całej otoczki, abstrahując od tego, że inaczej zostanie odebrany w Polsce, inaczej na świecie, inaczej przez młodych, a inaczej przez ludzi, którzy żyli w tamtych okropnych czasach. Ja oglądałam ten film w ciszy, do późnej nocy. Wciągnął mnie, mimo, że wcale nie podobał mi się pod względem technicznym. Nie do końca jestem też fanką robienia biografii o ludziach, którzy jeszcze żyją, bo na ogół po premierze padają słowa „Wcale tak nie było!”, ale z „Człowiekiem z nadziei” było nieco inaczej…

Film Wajdy to swoiste rozprawienie się z mitem i legendą, z tym, co było i co myślimy, że było. Wszystko zaczyna się w 1981 roku, kiedy to w swoim gdańskim mieszkaniu Wałęsa podjął włoską dziennikarkę, Orianę Fallaci, której udzielił wywiadu „w swoim stylu”. Zarówno przed nią, jak i przed nami – widzami, otworzył swoją historię, która jest ciężka, która momentami irytuje, szokuje, ale nam, te kilka dekad później, łatwo mówić, że te wydarzenia były „takie sobie”. Poznajemy Wałęsę przez pryzmat domu i rodziny, jako ojca, męża, ale i przez pryzmat osoby, której się nie podoba stan zastany. W prawie dwie godziny łykamy historię, która zmieniła polityczny układ sił w Europie. Niezbyt analitycznie, nieco „po łepkach”, z akcentem na elementy, które nie są zbyt istotne, ale taki był pomysł twórców. A może i dobrze? Może warto było wzbogacić tę historię o nieco bardziej „podkręcone” elementy?

Ten film prędzej czy później musiał powstać. Wajda nie jest coraz młodszy, a w samemu podmiotowi lirycznemu mam wrażenie, że na starość zdrowo zawiewa. Jakby to powiedziały moje dzieci „Jest coraz bardziej pogoniony po lesie” w tym co mówi i jak się zachowuje. To dzieło jest typowo „szkolnym” tworem – tak też jest nakręcony. W „Superprodukcji” padają słowa, że szkoły i tak to kupią, a dzieciakom zrobi się promocyjne seanse z lemoniadą i popcornem. Nie potrafię pokonać wrażenia, że i tak jest tym razem. Technicznie – typowy Wajda. On nigdy nie zwraca uwagę na takie rzeczy jak kostiumy czy scenografie. On liczy na to, że samą warstwą aktorsko-fabularną wygra wszystko. Ja akurat należę do osób, których niedbałość i tandeta „w tle” drażnią. I fabuła też drażni! To tak jakby ktoś zrobił sobie listę rzeczy, które należy – TRZEBA – umieścić w tym filmie, a potem, czasami na siłę, je upycha. Kolejna rzecz: ilość „wałęsizmów” w Wałęsie zabija. Jest to wszystko tak sztuczne, tak drażniące, że głowa mała. Moim zdaniem byłoby korzystniej, gdyby Więckiewicz mówił tak jak mówi, bez tych wszystkim spłaszczonych końcówek, z których były prezydent był znany. Od pamiętnego swetra, po „Nie chcem, ale muszem” – rozumiem, że to jakaś tam dbałość o szczegóły, ale „less is more”. Tylko niestety, mało który polski twórca to rozumie. Aktorsko? Wybitnie dobrze. W tym filmie chciał grać każdy i cała śmietanka, od Stuhra, Zamachowskiego i Więckiewicza, przez Kosińskiego i Bakę, na Dorocie Wellman skończywszy (swoja drogą – wypadła świetnie). Strasznie fajną rolę otrzymała Agnieszka Grochowska, która wcieliła się w Danutę – zmęczoną, tęskniącą, wierzącą i walczącą. Na całe szczęście, w „Wałęsie” nie został zatrudniony ani Karolak, ani Szyc. Film momentalnie zyskał na jakości i myślę, że na napisach początkowych powinna ta informacja się pojawić. A! Najlepszym elementem tego dzieła jest muzyka.

Bardzo chciałabym po tym filmie nie pojechać, bo uważam, że mimo wszystko ludzie powinni go zobaczyć. Szczególnie moje pokolenie i młodsze, bowiem czasami nam się wydaje, że tragizm naszego kraju kończy się na WWII. Oglądałam w skupieniu, ciągle jednak mając przeświadczenie, że to dość słabawa biografia. Albo polscy scenarzyści nie potrafią opowiadać historii, nawet tych prawdziwych, albo potrafią, tylko „przemysł” ich blokuje. Biografie kocham za to, że oglądam cudze życie na ekranie i w pewnej chwili zaczynam przeżywać go sama, po swojemu, wyciągając wnioski i szukając wzoru. W przypadku filmu Wajdy – nie wyciągnęłam nic, poza pochyleniem się nad sylwetkami osób, nie tylko głównego bohatera, dzięki którym dziś mam wolną telewizję, prasę, wolne wybory i prawo do pokazania fuckera.