ONA:

Ariel z „Małej Syrenki” to jedna z tych bohaterek, które w dzieciństwie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Świetnie pływa, wie czego chce, jest odważna, umie się postawić, dąży do swoich celów i ma genialne, czerwone włosy. Tak, ja też należę do tego grona kobiet, którym bajki popsuły głowę, robiąc ogromne oczekiwania co do facetów i włosów. 

Nasza syrenka ma 16 lat i jest córką króla otchłani – Trytona. Jest też typową, niepokorną nastolatką, którą nudzą obowiązki, a interesuje wszystko to, co jest zakazane. Co prawda nie jest to alkohol ani inne używki, ale nadal – bardzo niebezpieczne. Ariel fascynuje świat ludzi. Z ogromnym zaangażowaniem zbiera wszystko co ludzkie, co znajdzie we wrakach starych statków. Wazy, korkociągi, sztućce. Nie ma pojęcia co ludzie z nimi robili, ale dla niej są prawdziwymi skarbami, które pieczołowicie ukrywa w swojej skrytce. W tych przygodach towarzyszy jej urocza ryba – Florek. Tryton widząc, że jego dziecię jest bardzo niepokorne i za nic ma jego sprzeciw, podsyła jej „szpiega” – kraba Sebastiana, który ma ją śledzić. Tymczasem Ariel marzy tylko o jednym: by zrzucić łuskę i stać się częścią ludzkiego gatunku. Jeszcze bardziej w tym ją utwierdził młody i przystojny książę Eryk, którego uratowała przed utonięciem i w którym zakochała się na zabój. Dziewczyna za wszelką cenę chciała mieć nogi. I wykorzystała to Urszula – podła kałamarnica, która bawi się w magię. Oferuje Ariel układ: ona da jej na 3 dni nogi, po to, by wejść w świat ludzki i rozkochać w sobie Eryka, ale w zamian zabiera jej głos… Oczywiście ambicje oślizgłej wiedźmy sięgają nieco bardziej – chce w ten sposób zdobyć całe królestwo! I tak Ariel trafia na ląd. Poznaje Eryka, zostaje zaproszona do jego pałacu i musi go tylko w sobie rozkochać. „Tylko”.

Kiedy byłam dzieckiem zachodziłam w głowę jak Ariel musi być durna, że porzuca tak wspaniały, podwodny świat, z powodu faceta. Cóż, teraz po latach mam już kilka doświadczeń więcej i chyba wiem o co jej chodziło. Książę przystojny, bogaty, ma zamek i psa. Heloł?! Co mam podpisać? Też w to wchodzę! Teraz, po latach, podczas oglądania miałam solidną głupawkę. Po prostu inaczej „interpretowałam” tę historię. Nastoletnia Ariel, buzujące hormony, a ta ma rybi ogon, zamiast… No straszliwy przegryw!

Czego by nie mówić to w „Małej Syrence” poza tymi wszystkimi treściami „ukrytymi” (pani pedagog się wymądrza) jest też świetna kreska, genialna oprawa muzyczna i fajni bohaterowie. Dla mnie jednak ta historia jest zbyt dziewczyńska. Można śmiało włożyć pomiędzy Kopciuszka a resztę księżniczek, których głównym celem życiowym było wyjście za mąż. Co prawda za księcia, ale nadal. Dziś się zastanawiam, czy to czasem nie wina bajek, którymi katowano nas w dzieciństwie. Piękne, lśniące włosy, wpatrzeni w nas faceci, nierealny stosunek obwodu biustu do talii…

ON:

Dziś ostatnia bajka „ze starej” disneyowskiej gwardii. Po niej będziemy recenzować tylko te dzieła, które tworzone były już w nowej technologii. Nowe animacje nadal trzymają poziom, którego próżno szukać w innych kreskówach, ale nie ma tutaj tej „magii” naszkicowanej ręcznie, znanych z tych klasycznych opowieści.

Nie ukrywam, że bardzo podobają mi się współczesne bajki Disney’a i Pixara. Wszystko dlatego, że są stworzone pod dorosłego widza, który to przychodzi czasem z dzieciakami do kina. Twórcy przemycają tutaj dużo „specyficznego” humoru, który nie zawsze zrozumiały jest dla dzieci. Dziś jednak będzie w rybnych klimatach.

„Mała syrenka” jest dziwną bają, bo nie wiem do kogo jest tak naprawdę stworzona. Z jednej strony to opowieść o dzikiej miłości pomiędzy półrybą i człowiekiem, a z drugiej o demonicznej ośmiornicy, która chce się dobrać do ukochanego tej półryby. No kurde flak, o co kaman? Niby ma to być historia wielkiej i prawdziwej miłości, która jest silna i niepokonana, ale czy tak naprawdę jest? Trochę za dużo tu bajkowego stereotypu księcia i księżniczki. Syrenka o imieniu Ariel robi pianę w morskiej wodzie, chociaż nie jest proszkiem, jak sugeruje jej imię. Książę za to jest przystojny i ma dużego… psa. Fajny taki i kudłaty. No i Arielka, która może co najwyżej poświecić cyckami, postanawia zagadać do starej bulwy, wiedźmy morksiej, co czaruje nad kotłem i w zamian za swój piękny głos – staje się prawdziwą kobietą. Znaczy z rybiego ogona robią się jej nogi, co za tym idzie: staje się bardziej użyteczna dla księcia. Ba, facet nawet chce ją poślubić. W tym czasie wspomniana stara ropucha, czyli ośmiornica, przy pomocy czarów marów i maseczki kolagenowej robi się na bóstwo i postanawia uwieść wspomnianego szlachcica. Oczywiście zakończenie z góry jest wiadome i nie okaże się, że facet spędzi resztę swojego życia z wrednym babonem, tylko z rudowłosą pięknością, która na dodatek odzyska swój głos.

Do mnie jakoś ta cała bajka nie przemawia. Możliwe, że dlatego, iż nie jestem jej targetem. Opowieści o smutnych i zakochanych rybich księżniczkach to nie dla mnie.