ONA:

Szanowny panie Nolan,

chciałam panu powiedzieć, że jestem mocno wkurzona i tylko i wyłącznie dlatego, że nie chcemy tu za bardzo przeklinać, nie napiszę, że jestem mocno wkurwiona. Żyłam sobie spokojnie, naśmiewając się z całego super-bohaterskiego kina, z majtkami na spodniach, z maskami i całą masą innych rzeczy. A potem nakręcił pan pierwszego Batmana, który wbił mnie w fotel kinowy. A potem wbił mnie w kanapę domową. A potem był Batman z Jokerem, który zmiażdżył mi głowę. Teraz jestem świeżo po obejrzeniu ostatniego pana dzieła i chciałam powiedzieć, że bezsprzecznie – jestem zachwycona, zauroczona i przeżywać go będę jeszcze z tydzień.

Panie Nolan, niech pan nie kombinuje, niech pan nie mówi, że ta część jest ostatnią w pana wykonaniu. Pan siada przed kamerą i nagrywa Batmany dalej, bo idzie to panu kapitalnie!

Dziękuję. 

Weekend mieliśmy solidnie zajęty, więc premiera „The Dark Knight Rises” przeszła nam koło nosa. Ale uparliśmy się, że musimy ten film zobaczyć, zanim pojawią się w necie jakieś durne opinie, jak w przypadku „Prometeusza”. Padło na wtorek. Przygotowani byliśmy wybitnie, bo dwie poprzedzające części odświeżyliśmy wieczorami. Jej, nie wyobrażacie sobie nawet jak bardzo chciałam zobaczyć ten film, od momentu, kiedy pojawiły się trailery i zdjęcia promocyjne. W pracy ciągle nerwowo zerkałam na zegarek. Jeszcze 10 godzin. Jeszcze 6. Jeszcze 2. Jeszcze 30 minut… I zaczynamy.

Jak kończy się poprzednia część – wiemy. Dent, zbałamucony przez Jokera umiera, ale Gordon i Batman stwierdzają, że trzeba te informacje zataić, bo Gotham potrzebuje bohatera. I Harvey tym bohaterem pośmiertnie zostaje. Z kolei Batman skazuje sam siebie na wieloletnią banicję. Batmana nie ma, odszedł. W mieście panuje spokój. To oczywiste, że razem z Batmanem, znika gdzieś Bruce Wayne. Przestał bywać i balować. Siedzi ze swoim wiernym przyjacielem Alfredem w rezydencji i nie dzieje się nic. Przerwa jakaś. Historię poznajemy, gdy na terenie rezydencji Wayne’ów odbywa się bankiet upamiętniający naszego ulubionego prokuratora, o dwóch twarzach. Widzimy burmistrza, widzimy Alfreda, widzimy Gordona, którego kusi coraz mocniej, by wyjawić prawdę o historii sprzed lat. Pojawia się też nowa bohaterka, Selina, grana przez Anne Hathaway i do tego grana świetnie. Pojawia się też Miranda (Marion Cotillard) – też całkiem interesująca postać. W ogóle w tej części twórcy mieli zdecydowanie lepszą obsadę żeńską. Bohaterki są charakterne, piękne i niebezpieczne. No i nie zapominajmy o panu Fox. Tu ciągle wszechmogący Morgan. Ciągle dobrze, mimo, że było go mało. No i się zaczyna… Tym razem Batman poza stoczeniem walki z własną fizycznością i psychiką, musi pokonać człowieka o imieniu Bane. Wielkie, łyse bydle, schowane za maską, która pozwala mu żyć. I zagmatwana historia z przeszłości. Bane to potęga: zarówno fizyczna, jak i psychiczna. Jego budowa, wygląd, motywy i działania – to wszystko łączy się w wielką, spójną całość. A Bane ma jedną misję, chce zdobyć Gotham i złamać Batmana. Czy mu się uda? Nic więcej o fabule nie dodam!

Zachwycona jestem tym filmem okrutnie. Sam fakt, że siedziałam przez cały seans jak na szpilkach, że nie spoglądałam znudzona na komórkę, że otwierałam na zmianę oczy i usta wrażenia – to wszystko mówi wiele o tym dziele. Mega efekty, mega fabuła, która ma sens, która zaskakuje, ba, zaskakuje wybitnie! Do tego świetni aktorzy i muzyka, która idealnie wpasowuje się w sceny. Wiadomo, Zimmer. Film jest spójny, nie ma w nim słabych momentów. Fakt, dużo się dzieje, ale to mimo wszystko jest do ogarnięcia. W filmie poruszone jest wiele wątków, zaczynając od kwestii politycznych, na seksie skończywszy. Tak, jest scena miłosna. Właściwie, jest też kilka pocałunków. Jest scena, na której się pobeczałam. Jest idea. I kapitalne kwestie, szczególnie Bane’a.

I na koniec:

– You don’t owe these people anymore. You’ve given them everything.
– Not everything. Not yet.

Polecam. A jeszcze bardziej polecam obejrzeć wszystkie 3 części. Dla mnie to NAJLEPSZY film o super bohaterze. Co więcej, śmiem twierdzić, że to film roku.

ON:
W popkulturze zdarzają się dzieła wybitne. Książki, filmy czy płyty, które są kamieniami milowymi. Ich twórcy wyprzedzają „konkurencję”, a niekiedy nawet i epokę w której tworzą. Można powiedzieć to o trylogii “Low” Davida Bowiego, o “Sandmanie” Gaimana, czy “The Wall” Floydów. Zdobycie pozycji kultowego twórcy jest bardzo trudne, udaje się to niewielu osobom. Wczoraj przekonałem się, że Christopher Nolan właśnie stanął przed drzwiami, za którymi czekają na niego Ci inni wybitni twórcy.

O nowej trylogii Batmana można powiedzieć, że jest tak batmanowska, jak komiksy Millera o gacku. To mroczna, ciężka i surowa opowieść. Wiele jej elementów nie będzie się podobało ortodoksyjnym wielbicielom człowieka nietoperza. Będą pluli na ten obraz, szukając w nim bohatera jakiego dał nam Burton lub jaki pojawiał się w komiksach lat 90tych.

Niestety, era Batmana, grzecznego chłopca bez problemów osobistych, dawno minęła. Współczesny bohater jest jednocześnie antybohaterem, który ma też swoją mroczną stronę. Mając ludzkie słabości (przecież to tylko człowiek, co z tego, że bogaty) potrafi przez kilka lat nie wychodzić z domu, zostawiając Gotham na pastwę losu. Miasto jest jednak bezpieczne. Po „bohaterskiej śmierci” Denta wprowadzono ustawę jego imienia, która skutecznie ogranicza przestępczość. Pokiereszowany Bruce przesiaduje zamknięty w swoim pokoju, rozdrapując stare rany, grzebie się w przeszłości. Bodźcem do wyjścia Wayne’a z posiadłości jest Selina Kyle, która pojawia się podczas jednego z przyjęć charytatywnych, organizowanych w jego rezydencji. Jej wizyta kończy się zniknięciem pereł należących do zamordowanej matki Bruce’a, które zamknięte były w domowym sejfie. Od tego momentu akcja filmu nabiera tempa. Delikatne granie na nosie Batmanowi/Bruceowi przeradza się w serię wypadków i ataków terrorystycznych. Czas najwyższy aby odrzucony przez miasto rycerz znów założył maskę. Pościgi za zbirami, którzy zaatakowali giełdę papierów wartościowych, kończy się dla nietoperza nie glorią, a ucieczką przed oddziałami policji dowodzonymi przez Foleya. Podczas całej akcji bohater ma okazję poznać Bane’a, który okazuje się wrogiem publicznym numer jeden, a jego psychodeliczny plan ma na celu zniszczenie całego miasta. W między czasie pojawiają się kolejne wątki. Gordon, który podczas pościgu za przestępcami, odkrywa podziemną kryjówkę zbirów. Pojawia się młody, ambitny John Blake, który wierzy w ideały oraz w powrót Batmana. Alfred opuszcza posiadłość i pozostawia Bruce’a samemu sobie, zaś atak na giełdę spowodował utratę przez Wayne’a całego majątku. Dochodzimy do konfrontacji Batmana i wroga publicznego numer jeden. Kilkuminutowa walka doprowadza do uszkodzenia kręgosłupa Batmana. To ukłon w kierunku klasycznych komiksów z człowiekiem nietoperzem. Tak oto dochodzimy do połowy filmu. Reżyser zrobił wszystko, aby napięcie rosło z każdą minutą i trzeba przyznać, że udało mu się to wyśmienicie. Jeśli Joker był psychopatą, to nowy wróg Batmana przekroczył wszelkie granice.

Przeglądając fora i komentarze dotyczące filmu spotykam się z opiniami o błędach i lukach w scenariuszu. O tym, że rzeczy w nim przedstawione są niezgodne z fizyką, nie miały prawa się wydarzyć, że to stek bzdur. Chciałem przypomnieć, że Batman jest fikcyjnym bohaterem, żyjącym w fikcyjnym mieście (mimo, że Nolan wzoruje je na NY) i używa fikcyjnych pojazdów i gadżetów. To jest fikcja. To nie jest też komiksowy Batman, on tylko czerpie z komiksów postacie i pewne wątki, ale nic poza tym.

Nowy, zamykający trylogię obraz jest kompletny, jest idealnym  zwieńczeniem całej historii, która rozpoczęła się kilka lat temu. Dla mnie jest całość, jest najlepszym filmem o superbohaterze jaki pojawił się we współczesnym kinie.