ONA:
Do wczoraj byłam przekonana, że ostatnim fizykiem, który doprowadzał mnie do łez, była ta wątpliwych umiejętności pedagogicznych (nie mówiąc już o merytorycznych) belfegorzyca, która uczyła mnie w liceum i przez którą na miesiąc przed maturą ja walczyłam jeszcze z jakimiś fizycznymi bzdurami. A tu klops. Wczoraj na całkowitym spontanie zaliczyłam „Teorię wszystkiego” i teraz bez wątpienia mogę powiedzieć, że to nie szanowna pani D., a Stephen Hawking jest ostatnim fizykiem, który doprowadził mnie do płaczu.
Nie wiem ile w tym mojej wrażliwości, ile hormonów, a ile po prostu bardzo wzruszającej historii o miłości, ale wyłam praktycznie przez cały film, smarkając po cichu i w ciemności w rękaw, by pod koniec zanosić się już na całego.
Widziałam już jeden film o Hawkingu i podobał mi się bardzo. Czytałam też jego książkę i mimo, że niezbyt wiele z niej zrozumiałam – powaliła mnie ona na kolana. Mam nosa do dobrych biografii i tym razem nie zawiodłam się zupełnie. A jeśli nawet Dejw, który zdecydowanie woli historie sci-fi, niż te pisane przez życie, zachwala dane dzieło oparte na prawdziwych postaciach i zdarzeniach, to coś jest grane.
Zaczynamy w latach 60. ubiegłego wieku. Młody, aspirujący na doktora, fizyk, Stephen Hawking (Eddie Redmayne), żyje sobie w przestrzeni uniwersyteckiej. Trochę wygląda jak kujonek, który nie wychyla się nigdy zza swoich okularów i książek do fizyki. A jednak. W oko wpada mu piękna studentka, Jane (Felicity Jones). Klasyczny początek związku: pierwsze spotkania, pierwsze pocałunki… Różni ich wszystko. On – ortodoksyjny naukowiec, ateista i na dodatek – nietańczący. Ona – zafascynowana w literaturze średniowiecza, wierząca, podchodząca do życia zgoła inaczej, niż jej sympatia w okularach. Ale iskrzyło między nimi totalnie. I wtedy on dowiaduje się, że ma bardzo agresywną, postępującą chorobę, która zaatakowała układ mięśniowy. Mięśnie… Przecież one są w większości organów. A jak ich nie ma – to i tak nimi sterują. Lekarz wyjaśnia młodemu naukowcowi co go czeka. Coraz większe problemy z poruszaniem, jedzeniem, połykaniem. Problemy z mową… Z oddychaniem… 2 lata. Tyle mu dał.
Wiele kobiet w takim położeniu wzięłoby nogi za pas. Wiele osób, słysząc taki wyrok, położyłoby się zawczasu w trumnie, czekając na koniec. Ale nie Jane i nie Stephen. Wzięli ślub, założyli rodzinę, on obronił doktorat. Nawet pojawiły się dzieci, bo jak sam Hawking żartował „To inny układ”. Tylko choroba postępowała. A Jane gasła. Niepełnosprawność męża, trójka dzieci, ambicje, które musiała schować między księgi – i ona sama. Coś musiało się wydarzyć, bo przecież każdy by oszalał. I wydarzyło. Zapisała się do chóru kościelnego… Skoro chory mąż ciągle starał się rozwijać, odkrywać nowe, to ona też powinna. I tam poznała pewnego mężczyznę, który stał się przyjacielem rodziny… Dobra. To tyle, jeśli chodzi o fabułę.
Oj, piękna ta historia. Taka dająca kopa życiowego, bo skoro niepełnosprawny człowiek, za pomocą kciuka i programu może napisać książkę, to każda Twoja wymówka (spoko, moja też), jest po prostu żałosna. Choroba Hawkinga owszem – ograniczyła go w jakimś tam stopniu, ale nie uniemożliwiła mu życia. On ma 3 dzieci! Ma nawet wnuki! Zrobił doktorat, a potem został profesorem. Odkrył prawa fizyczne, których mój umysł nie jest w stanie nawet ogarnąć w najmniejszym stopniu. Żartuje, filozofuje, uwodzi kobiety. Jest fizyczną gwiazdą rocka, która sprawia, że ja się uśmiecham, chociaż w głębi duszy jest mi wstyd. Wiesz ile profesor żyje już ze swoją chorobą? Ponad 50 lat… Stał się naukowcem-celebrytą, który garściami czerpie z życia i z czasu. Właśnie – z czasu…
Co mogę powiedzieć o samym filmie? C’mon, przebeczałam 2 godziny. Jest świetny. Jest pięknie nakręcony, a Redmayne i Jones wykręcają bebechy na lewą stronę. Dla niego Oscar jest jak najbardziej zasłużony. Dzieło perfekcyjne, chociaż sama historia jest nieco bardziej skomplikowana. Ale o tym już warto doczytać. I oczywiście – polecam Ci bardzo „Krótką historię czasu”.
ON:
Wczoraj wieczorem Paulina zaproponowała, że pójdziemy do kina. Film, który wybrała, to „Teoria wszystkiego”, opowiadający o życiu zawodowym i prywatnym Hawkinga. Nie przepadam za biografiami i sama myśl spędzenia dwóch godzin w kinie przyprawiła mnie o dreszcze. Stwierdziłem jednak, że ponieważ ona będzie oglądała ze mną „Chappiego”, co może spowodować u niej udar, bowiem nienawidzi kina sci-fi, to także muszę wykazać się tolerancją. Wyruszyliśmy więc do małego kina na starówce.
Kino na starówce ma to do siebie, że reklam tutaj jest mało, obsługa jest miła i niezblazowana, jak ta z dużych sieciówek. Całość przypomina mi kino z mojego dzieciństwa. Kilka minut po 20-tej rozpoczął się seans.
Film Jamesa Marsha w reżyserii Anthony’ego McCartena zabiera nas w podróż do światów złożonych z miłości i z kosmologii. Oba wzajemnie się przeplatają i starają się ukazać, że czas oraz uczucia mają na ludzkie życie ogromny wpływ.
Dla mnie Hawking jest postacią bardzo mało znaną. Poza tym, że jest fantastycznym naukowcem, że dawali mu dwa lata życia i że miał „romans” ze swoją pielęgniarką – nie wiedziałem praktycznie nic. Te informacje dotarły do mnie dzięki Paulinie, która często sprzedaje mi takie nowinki. Wszystko dlatego, że uwielbia biografie.
„Teoria wszystkiego” mnie urzekła. To film, który przepełniony jest emocjami. Może nie są one spektakularne, ale czuć je wielokrotnie, widać je na twarzach aktorów i słychać w pojawiającej się w grach muzyce. Gdy zacząłem śledzić wydarzenia na ekranie, to chociaż wiedziałem jak dalej potoczy się historia Hawkinga, siedziałem z zapartym tchem i dawałem się porwać fabule. Ogromnym plusem tego dzieła jest niesamowita gra aktorska Eddiego Redmayney’a. Nie dziwę się, że Akademia nagrodziła go złotą statuetką za rolę pierwszoplanową. Aktor jest prawdziwy i przekonujący. Od pierwszych chwil na ekranie ciężko nadziwić się kunsztowi, jaki osiąga on w kreowaniu swojej postaci. Świetna jest też w swojej roli Felicity Jones: piękna, pierwsza żona naukowca, z którą miał trójkę dzieci. Swoją grą pokazuje ogrom miłości, jaki był potrzebny Hawkingowi i jaką on od niej otrzymał. Gdyby nie jej waleczność, ten facet pewnie pożyłby dwa lata, które dawali mu lekarze.
“Teoria wszystkiego” ma w swojej budowie coś z „Wyścigu”, który także miał podobną budowę i plastykę. Te dwa filmy, tak dalekie od siebie, łączy wspólny mianownik – niesamowicie opowiedziana historia, która została napisana przez samo życie. Nawet jeśli nie interesujecie się fizyką, astronomią, czarnymi dziurami i samym Hawkingiem, to myślę, że warto odwiedzić kino i posmakować odrobiny kinowej, smakowitej sztuki.
