ONA:
Filmy o pięściarzu z Filadelfii stały się kultowe. Od pierwszego, tego, który został pokazany światu w 1976 roku, po ostatni. Jeśli ktoś jest filmowym bokserem, to to musi być Rocky Balboa. Każdy kolejny film, który trąci o podobną tematykę, nazywany jest „kopią” – bo wystarczy, że wspólny temat zahacza o ring i tak – często bardzo niesprawiedliwie – jest oceniany. Obejrzałam wszystkie części przygód Balboa, ale przyznam się, że spektakularnego „wow” na mnie ta seria nie zrobiła. Teraz, po tych wszystkich latach, smakuje jak nieco odgrzewany kotlet.
Kilka dni temu obejrzałam film mocno bokserski. Myślę sobie „Oby to nie było kolejne wcielenie Rocky’ego!!!” I nie było. Jestem poważnie zachwycona tym, co twórcy wykreowali w filmie „Do utraty sił” z Jake’m Gyllenhaalem w roli głównej.
Billy Hope to bokser, który w ringu zawsze zgarnia wszystko. To jego czas, bez dwóch zdań. Ma szczęśliwą rodzinę, ma dobrą passę – jego ciosy nokautują rywali bardzo szybko. Jednak podczas ostatniej walki nie jest wcale tak łatwo. Zauważa to m.in. jego piękna żona, Maureen (Rachel McAdams). Do tego wszystkiego pojawia się nowy rywal, który w dość bezczelny sposób wyzywa Hope’a na pojedynek. Niestety, ich drogi krzyżują się po pewnym czasie raz jeszcze. Na uroczystym balu charytatywnym, podczas którego Hope opowiada o tym, jak z samego dnia, między innymi dzięki żonie i przyjaciołom, stanął na szczycie. Podniosłą chwilę psuje incydent z „charakternym” rywalem, który zwyzywał Billy’ego i Maureen. Jak to się kończy? Bijatyka. A potem pada strzał. Jedna, zabłąkana kula. Jeden pocisk, który zrównał z ziemią całe szczęście Billy’ego. Maureen nie żyje, a on sam zaczyna się staczać. I to z ogromnym rozpędem. Najpierw majątek, potem odebranie praw rodzicielskich. Hope wpadł w czarną dziurę… Ale jak to bywa w tego typu dramatach – bohater musi się podnieść. I musi mieć kogoś, kto wyciągnie do niego rękę. Tu tą osobą był Tick Wills (Forest Whitaker).
Wiecie dlaczego ten film podobał mi się ciut bardziej, niż klasyk z Sylvestrem Stalone? Bo był nieco bardziej brutalny, dużo „brzydszy” i charakterniejszy. Wiem, że sporo osób czytając te słowa stuknie się w głowę, bo przecież nie można tak mówić w stosunku do klasyków, ale tak właśnie jest. Mimo klasycznej formy, typu „Jest źle, ale never give up”, mimo tego, że czeka na nas słodki happy end (bo przecież nie może być inaczej, szczególnie, gdy tragedia dzieje się zaraz na początku), to i tak mamy do czynienia z bardzo dobrym kinem, który wzrusza i porusza, a Gyllenhaal wchodzi tu na wyżyny swojej zajebistości. Pokazał tu, że może być i zawziętym sportowcem, i załamanym ojcem, i osobą, o której można powiedzieć, że posmakowała każdego życiowego gówna, ale i tak prze do przodu. Fani kina „sportowego” będą zadowoleni. Jest tu trochę temperowania charakteru i tekstów typu „Pokonaj przeciwnika głową, a nie siłą”. Fani dramatów też będą zadowoleni, bo sporo tu takich momentów, które chwytają za serducho. No i na koniec – fani Gyllenhaala będą skwierczeć jak kawałek bekonu na rozgrzanej patelni. Jest tu i lekko skurwiały, i uroczy, i zdeterminowany, i załamany. I ma taką klatę, że och i ach.
ON:
Filmy o bokserach, karatekach i innych zawodnikach, którzy na ringu walczyli o swoje dobre imię, zemstę i o kasę – królowały na VHS-ach dwadzieścia lat temu. Na ringu po raz ostatni w dość dużej chwale pojawił się Balboa i to on pokazał, jak wielkie jaja ma Włoski Ogier.
Tym razem na ringu pojawia się Billy Hope, młody, twardy i cholernie dumny koleś. Przez ramię przewieszony jest mistrzowski pas. Ma on wszystko: kasę, piękną żonę, wspaniałą córkę. Bokser radzi sobie nieźle, jest w tej najwyższej lidze i nie musi się praktycznie obawiać niczego. No, może tylko innego pięściarza z ogromnymi ambicjami – Miguela “Magica” Escobara. To typ cwaniaczka, który chce zrobić wszystko, aby doprowadzić do pojedynku. Niezależnie czy będzie to na ringu, czy też poza nim. I tak naprawdę mu się to udaje. Podczas jednej gali prowokuje Hope’a do bójki. Mordobicie przeobraża się w prawdziwą wojnę, ale nie to jest najgorsze. Podczas tej bójki dochodzi do tragedii – jeden z ludzi Escobara strzela do żony Billy’ego. Kobieta umiera. Strata żony jest dla mistrza czymś, z czym nie daje sobie rady. Powoli stacza się na dno. Pierwsze problemy finansowe, a następnie i zawodowe, doprowadzają do tego, że musi pozbyć się domu, aut, mebli. Opieka społeczna zabiera mu córkę i wyznacza terminy spotkań. Oczywiście, może starać się o przywrócenie praw, ale musi udowodnić, że nadaje się do bycia ojcem.
Billy Hope dotknął dna. Spadł na kolana i teraz ma dwa wyjścia: albo próbować się podnieść, albo poddać się całkowicie i stać się ludzkim robakiem. Pewnie wybrałby to drugie rozwiązanie gdyby nie jego córka oraz Tick Wills, trener i właściciel klubu pięściarskiego. Doświadczony przez życie czarnoskóry mężczyzna wyciąga pomocną dłoń do Billy’ego i to pomaga mu stanąć na nogach. Ciężka praca i wytrwałość pozwalają wrócić upadłemu zawodnikowi na ring. Tylko tam może odzyskać dobre imię oraz pieniądze.
„Do utraty sił” jest ładną współczesną bajką. Bardzo wyidealizowaną, w której dobro zawsze zwycięża, a zło ponosi zasłużoną karę. Trochę to oklepane, ale i tak cały spektakl ogląda się z odpowiednią dawką emocji. Film pewnie na raz, ale za to na pewno nie będzie nudził. Teraz wystarczy czekać na premierę „Creed”.
