ON:

„Zombieland” to mająca 3 lata „komedia” o kilku osobach, które przeżyły zombie apokalipsę. Od razu mówię, film nie urywa tyłka, jest bardzo przeciętny i ma tylko kilka dobrych momentów, ale każdy fan historyjek o  zombiakach będzie mógł się troszkę rozerwać. Mamy tutaj krew, niesmaczne sceny pełne flaków, głupkowaty humor, Billa Murray’a i laski. No dobra z tymi laskami to się zagalopowałem, ale reszta jest…

Cała historia zaczyna się od przedstawienia kilku ważnych zasad, jakie panują w świecie opanowanym przez hordy zombiaków. Po pierwsze: „Cardio” – im bardziej dbasz o linię, tym większe twoje szanse, że w razie zagrożenia uciekniesz przed umarlakiem, po drugie: „Double tap” zawsze dobijaj umarlaka, jeden strzał to często jest za mało, po trzecie unikaj ubikacji, bo to najlepsze miejsce, w jakim mogą dopaść cię zombie. Robisz spokojnie nr 2, a taki jeden z drugim zeżre Cię na kolacje. Tych i wielu innych zasad trzyma się Columbus, młody chłopak, któremu udało się wyjść cało z obecnej sytuacji. Jeździ on po Stanach, stara się przeżyć i szuka innych żywych osób. Gdy stracił samochód niespodziewanie natrafia na Tallahassee’a – szalonego, twardego i bezwzględnego zabójcę zombiaków, który także włóczy się po bezdrożach. Trochę bez celu, trochę aby zapomnieć o tym, co stało się jakiś czas temu z jego bliskimi. Panowie zaczynają dziką podróż przez USA. Columbus chce znaleźć swoich rodziców, a Tallahassee pragnie tylko jednego: zjeść ostatniego „batonika” Twinkie. Dwa różne cele, dwie różne osobowości, ale przyznać trzeba, że uzupełniają się wzajemnie. Podczas ich podróży napotkają Wichitę oraz jej siostrę Little Rock, które okazują się o wiele sprytniejsze, niż samiec alfa i nerd. Pierwsze spotkanie z dziewczynami kończy się dla panów praktycznie całkowitym ograbieniem i pozostawieniem na łaskę losu. Samce jakoś dali sobie radę, ale mają pecha, ponieważ po raz kolejny natrafiają na dziewczyny i po raz kolejny dają się wydymać jak chłopcy z Poznańskich Słowików. Jednak po kilku godzinach spędzonych razem w aucie, atmosfera zaczyna się nareszcie uspokajać i decydują się na wspólną podróż przez zarażone Stany Zjednoczone Ameryki. To będzie taki trip trochę bez celu – widać, że sam pomysł był zacny, a później gdzieś zgubiono całą ideę. Mimo to nadal jest to całkiem strawne kino.

Trzeba przyznać, że Woody Harrelson w każdej roli czuje się dobrze, czy to urodzonego mordercy czy „komediowego” zabójcy zombie, Jessie Esinenberg świetnie gra ciotowatego nerda, a Emma Stone jest dla mnie i zawsze będzie traszką. Wszystko przez te rybie oczy i żabie rysy twarzy. Filmik na raz, jako odskocznia od standardowych sieczek z umarlakami.

ONA:

„Co chciałabyś dziś obejrzeć?” – zapytał Dawid podczas kolacji, kiedy to w stanie praktycznie agonalnym wpychałam w siebie jakąś kanapkę. „Nie wiem, coś fajnego” – odpowiedziałam. „Może Lśnienie?” – zaproponował. No cóż, lubię ten film, lubię Nicholsona, ale nie dziś. Mój organizm po 15 godzinach intensywnego zajobu domagał się 3 rzeczy: prysznica, piżamy i lekkiego filmu, który nie wymaga niczego, poza rzucaniem okiem w stronę ekranu. Fajnie by było, gdyby wplótł się nieco w mój nastrój i stan psychiczno-fizyczny. Dawid, niczym dobry kelner dzielnie słuchał moich wymogów, po czym odpalił film.

Produkcja z 2009 roku. Reżyseria: Ruben Fleischer, którego dorobku nie znam wcale. Scenariusz: Rhett Reese i Paul Wernick – o ich dziełach też ciężko cokolwiek mówić, bo zbyt wielu historii to oni nie stworzyli. W rolach głównych: Jesse Eisenberg, którego kocham i Woody Harrelson, do którego mogłabym się modlić. Tak, mój facet idealnie wpasował się w oczekiwania. „Zombieland” to było to, czego potrzebowałam.

Na skutek mutacji jakiegoś wirusa, nasza Mateczka Ziemia, na której przyszło nam żyć, zmieniła się nie do poznania. Zombie-apokalipsa nawiedziła Zieloną Planetę i teraz nie zamieszkują jej ludzie, tylko półżywe istoty, żywiące się bebechami, których umiejętności językowe zredukowane były do poziomu niższego, niż u przeciętnego noworodka. Ciągle tylko „Agrrrr!”. Ale nie wszyscy ludzie zginęli tudzież zamienili się w zombiaki. Columbus (Eisenberg) jest typowym nastolatkiem, któremu sen z powiek spędza przede wszystkim fakt, że całkiem możliwe, że nie znajdzie kobiety przy użyciu której mógłby poznać topografię płci odmiennej. Jeśli zaś chodzi o truposzy, to daje sobie z nimi radę. Opracował kilka najważniejszych zasad, dzięki którym ciągle pozostaje przy życiu. Bo wiecie, jak świat wypełniony jest takimi stworami, to nawet wyjście do kibla stresuje, a obawa, że zostanie się zjedzonym podczas porannej dwójki, jest bardzo realna. Pewnego dnia spotyka na swojej drodze Tallahasseego (Harrelson). We dwoje zawsze raźniej. A potem w ich życiu pojawiają się dwie siostry: starsza – Wichita (Emma Stone), i młodsza – Little Rock (Abigail Breslin), które non stop dymają obu kolesi. Przed nimi wyludnione miasta, puste sklepy, drogi, zero ograniczeń, zero policji, mogą robić co chcą, gdzie chcą. Tylko, że za nimi jest tłum wygłodniałych, okrwawionych zombiaków. Misją jest przetrwanie, a co się z tym wiąże, lekko nieżywych kumpli należy mordować, z mniejszą lub większą finezją, wykorzystując do tego celu wszystko, co się da.

Ten film jest genialną parodią całej zombie-kinematografii. Jest śmieszny i obrzydliwie-ohydny jednocześnie. Spłakałam się w kilku momentach, a w kilku zniesmaczona odwracałam głowę. Najbardziej epickimi scenami są te, które dzieją się w domu Billa Murray’a i w sklepie z indiańskimi gadżetami – i one wystarczą, by nazwać tę komedię godną polecenia.

Podawać w sytuacjach kryzysowych, można połączyć z kocem i pudełkiem lodów.