ON:
16 lat przyszło poczekać fanom Rocky’ego na kontynuację przygód sławnego boksera. 16 lat to kawał czasu, a po drodze zmieniło się bardzo dużo, między innymi samo kino sportowe.
Dlaczego „Rocky Balboa” jest dobrym filmem? Bo bazuje na znanych i lubianych schematach. Stallone nie odkrywa dramatu sportowego na nowo, bo nie ma to sensu. Jego kunszt reżyserski jest trochę jak lewy sierpowy Rocky’ego. Dość toporny. Możliwe, że dlatego trzymanie się książkowego planu daje tak dobry efekt końcowy.
Rocky nie jest już tym bokserem z dawnych czasów, to zmęczony życiem i walczący z własnymi problemami mężczyzna, który ma za sobą wzloty i upadki. Po śmierci żony nic nie jest takie, jak dawniej. Facet nie może poradzić sobie w kontaktach z dorosłym synem, a sam najwięcej czasu spędza we własnej restauracji lub w towarzystwie Pauliego. Duża część tego dzieła to tak naprawdę rozmowy: rozmowy o życiu problemach, o ludzkich wadach i przywarach. Boks przewija się gdzieś z tyłu, a sama finałowa walka, jest swoistym remedium na wewnętrzną pustkę pięściarza, jaka powstała po utracie żony.
Na samym początku wiemy bardzo niewiele. W TV pojawia się osoba Masona Dixona, aktualnego mistrza świata w boksie, który kończy każdą walkę szybciej, niżby przypuszczano. Chodzą głosy o ustawianych meczach. Dixon jest zadufany w sobie, jego ego jest wysokie i tak naprawdę przydałaby mu się lekcja pokory. W jednym z telewizyjnych programów stworzono nawet komputerową symulację walki pomiędzy Rockym a Masonem. Co się okazuje? Rocky w sile wieku spokojnie położyłby na łopatki młodzieniaszka. Oczywiście, taki werdykt jeszcze bardziej rozwściecza obecnego mistrza. Menadżerowie wychodzą z ofertą do Rocky’ego. Chcą jednej walki pomiędzy nim a czarnoskórym pięściarzem. Ma to być pokazówka, która udowodni, że Dixon jest po prostu wielki.
Tak oto przeplatają się kolejne wątki. Pojawia się Paulie, który ma problem z wiekiem i utratą pracy, znajdzie się miejsce dla Marie, kobiety, która staje się bliska pięściarzowi, będzie też chwila na pojednanie z synem. Wszystko ładnie dopasowane i poukładane. Dla mnie naprawdę udany powrót Rocky’ego
ONA:
Mam problem z ostatnią częścią filmów o Rocky’m Balboa. Problem ogromny, bo podczas seansu dopadła mnie nostalgia – to wszystko i tak nie ma sensu. Rocky – postać jak jak najbardziej fikcyjna, to jest taką chodzącą alegorią ludzkiego życia. Z wzlotami i bolesnymi upadkami, z pracą na sobą, z chwilami triumfu i z ogromem problemów. Rocky’emu nie zawsze się udawało. Właściwie ciągle musiał coś komuś udowadniać. Stracił przyjaciół, stracił majątek, a w części ostatniej – stracił żonę, która zmarła i syna, który po prostu się od niego oddalił… Starość stoi w obliczu samotności…
Rocky ciągle żyje przeszłością i nie potrafi nauczyć się nowych realiów. Już nie boksuje, chociaż ciągle kibice rozpoznają go. Teraz prowadzi małą restaurację, którą nazwał „Adrian’s”. Dalej mieszka w Filadelfii, bo to przecież jego miasto. Strasznie ciężki jest początek tej części. Dużo tu smutku, samotności, tęsknoty. Ciężko ogląda się, kiedy bohater o tak ogromnej sile, psychicznej i fizycznej, staje się „dziadeczkiem”… Bałam się, że właśnie w takim „nastroju” będzie rozgrywał się cały film, ale na szczęście – dużo się zmieniło. A wszystko za sprawą pewnej symulacji komputerowej, w której dawny mistrz spotkał się na ringu z obecnym, z Masonem Dixonem, który aktualnie jest na fali. Mason pokonuje każdego swojego przeciwnika kilkoma mocnymi ciosami. Nokaut za nokautem. A tu nagle, przegrywa w dawnym mistrzem. Co prawda tylko w wirtualnej rzeczywistości, ale to wystarczy, by by poczuć ukłucie w ambicję i honor. Dixon wyzywa Balboa. A Rocky się zgadza, mimo braku formy i wieku.
Fani filmów o bokserze długo musieli czekać na tę część i widać tu naprawdę, że Balboa się zmienił, nie tylko fizycznie. Zamiast krewkości mamy tu więcej opanowania i myślenia. Ale mamy tu przede wszystkim ogromną tęsknotę nie tylko za żoną i synem, za przyjaciółmi, ale za formą, za „tamtymi” czasami, kiedy było wszystko i wszyscy. Ale Rocky po raz kolejny udowadnia nam, widzom, że zawsze należy szukać i dążyć do celu. Zawsze trzeba walczyć i to z całych sił. I jednak mimo wszystko – warto mieć kogoś obok. Dawna znajoma i jej dziecko, wkurzający szwagier, i najważniejsze – syn.
Nie wiem na ile wmawiam sobie, że cała opowieść o Rocky’m była przemyślana tak, by tworzyć jednolitą całość. Bardzo zwykłe, nawet bym powiedziała, że przeciętne kino, okazało się idealnym odbiciem, w którym widzowie mogą zobaczyć siebie. Teraz, po tym jak po raz pierwszy obejrzałam wszystkie 6 części, Rocky stał się dla mnie postacią, do której podchodzę z sympatią, ale i z szacunkiem.
