ON:
Deadlight byłaby grą idealną. Do ideału brakuje jej jednej rzeczy. Jakiś 3-4 godziny gameplay’a. Jako fan dorosłych platformówek uważam, że ta gra jest jedną z najlepszych jakie ostatnio ukazały się na XBL. Niestety, Tequila Works (młode studio złożone z byłych pracowników między innymi Blizzarda) gdzieś się zgubiło. Mogę zrozumieć, że decyzja o długości gry spowodowana była scenariuszem i dopychanie kolejnych leveli na siłę mogło tylko bezsensownie ją przedłużyć, ale 2.5 godziny aby ukończyć całość to stosownie za mało.
Jeśli ktoś pamięta Limbo, w bardzo łatwy sposób może sobie wyobrazić jak wygląda Deadlight, tyle że zamiast po mrocznych korytarzach, przemierzamy Seattle oraz jego okolice. Wszystko w postapokaliptycznej scenerii zaatakowanego przez dziwne cienie (Shadows) miasta. Główny bohater – Randal, przemierza kolejne ulice i korytarze (nawet podmiejskie kanały) w poszukiwaniu swojej rodziny oraz przyjaciół. Epidemia, która przemienia ludzi w „zombie”, skutecznie krzyżuje mu plany. Na każdym kroku czekają na niego pułapki oraz stwory, które chcą jego krwi. Nasz bohater nie jest typem „gubernatora” i nie kładzie swoich przeciwników jak huragan łanów zboża. Czasem możemy dekapitować kilku przy pomocy topora strażackiego, ale szybko kończąca się energia skutecznie nam pokrzyżuje plany. Częściej jednak nasze szybkie nogi i zręczne ręce pomogą nam wyjść cało z opresji. Kilka razy będziemy mogli pobawić się pistoletem lub strzelbą. Brak amunicji jednak szybko wybije nam z głowy gwiazdorzenie. Podczas naszej podróży natkniemy się na pozostałości i pamiątki po tych, którym nie udało się przetrwać apokalipsy oraz strony z dziennika Randala, które opisują jego przeżycia. Jednocześnie kolejne minuty przybliżają nas do finału… bardzo specyficznego finału.
Wszystko w tej grze mnie urzekło. Mroczna, surowa grafika, klimatyczna muzyka, oraz pasujący do całości scenariusz. Niestety, jak pisałem wcześniej – jej długość to lekki policzek wymierzony w twarz gracza. To jak zacząć oglądać film, który skończył się po napisach początkowych. Szkoda, bo zrobiłem sobie smaka na tort, a dostałem tylko kawałeczek.
Polecam.
