ONA:

W Polsce taki film chyba nie powstanie. Gdzieś tam sporo zamętu zrobiła „IDA”, która podejmowała kontrowersyjny temat bardzo spokojnie i w sposób zrównoważony, zwykły, ale co poza tym dziełem? Pewnie będziemy musieli poczekać, a raczej przeczekać…

„Carol” to film bardzo spokojny. Klasyczny dramat, w którym poza przeżyciami i emocjami niewiele się dzieje. Jest kilka momentów, które trochę wywracają ciąg fabularny, ale nie są one wybitnie spektakularne. Ale ten film się ogląda… Abstrahując już od samej historii – on jest po prostu piękny, a Cate, która wcieliła się w tytułową Carol… Och… Dla niej można stracić głowę. Dla jej emocji, talentu, urody, ciała, głosu…

Nowy Jork, lata 50. My wiemy, że już za dosłownie moment pruderyjna bańka wystrzeli, a świat zaleje wolna miłość i swoboda seksualna, ale wtedy, kiedy odbywa się akcja filmu, większość osób zapowietrza się, gdy ktoś robi nawet mały krok w bok od „normalności”. Homoseksualna miłość?! Tylko pederaści! Zboczeńcy! Chorzy ludzie!

Tymczasem w małym sklepiku pracuje młoda dziewczyna – Therese Belivet (Rooney Mara). Marzy się jej wyjątkowe, fajne życie. Inne! Lepsze! Wiele jej rówieśniczek widziałoby siebie u boku jakiegoś przystojnego mężczyzny, ale nie ona. Jest facet, który krąży wokół niej jak księżyc wokół Ziemi, ale ona go trzyma na dystans. Za to osoba, którą pozna… Och, tam zaiskrzy!

Tą osobą jest właśnie Carol. Dojrzała kobieta. Żona i matka.

W pewnym momencie obie kobiety wyruszają w podróż, podczas której staną się sobie bardzo bliskie. I wydawać by się mogło, że ich szczęście pozostanie niewzruszone, ale jednak…

Co tu dużo mówić… To bardzo piękny film o miłości. Innej, wówczas nieakceptowanej, wręcz zakazanej. O miłości, która burzyła jakiś tam konserwatywny porządek, ale czy przez to była gorsza? O miłości, która wywraca życie do góry nogami. O miłości, na którą się czeka, o której się marzy, której się pragnie. O miłości, która jest zakazana, co wcale nie czyni ją słabszą.

Todd Haynes, znany między innymi z „I’m not there. Gdzie indziej jestem” (swoją drogą, także z Cate) wyreżyserował przepiękną opowieść, która dziś nie robi takiego wstrząsu w widzach, ale gdy uzmysłowią sobie oni, że te 60 lat wcześniej był to temat tabu, to faktycznie mogą się oni pochylić na tym, że kto tak naprawdę ma prawo decydować o miłości?

Jest oczywiście mistrzowsko zagrany, chociaż całą (moją) uwagę pochłonęła Blanchett. Uwielbiam ją. Jest posągowo piękna, świadoma i gra tak cholernie autentycznie, że nie mieści się to w głowie. Potężny talent. Potężne władanie emocjami. Partnerująca jej Rooney Mara nie wiem czemu, ale straszliwie przypominała mi tu Natalie Portman sprzed kilku lat. Głos, zachowanie, sposób grania… No wypisz wymaluj. Och, co by było, gdyby faktycznie Portman zagrała tę rolę… Pomiędzy Blanchett a Mara widać chemię, ale widać też różnicę w obu bohaterkach. Jedna z nich jest kompletną nowicjuszką w tym temacie, a druga… Druga jest sensualna.

I tak, jest tu scena seksu, ale tak przepiękna, że o mnie, za mnie – mogłaby być powtarzana kilka razy.

Film bardzo ciekawy. Mądry. Bardziej to babskie kino, więc raczej nie ma sensu katować nim faceta.