Gdyby ktoś zadzwonił do Elżbiety II, Dalajlamy, ostatniego członka dzikiego, amazońskiego plemienia i świeżo narodzonego dzieciątka gdzieś na końcu świata – i gdyby padło pytanie: „Podaj jednego z najulubieńszych reżyserów Pauliny W.” – odpowiedzi mogłyby być 3. Wśród nich: Michael Bay.
Transformers: Ostatni Rycerz – recenzja
Michał Zatoka. To jest gość! Jego styl rozpoznasz nawet wtedy, gdy jesteś ślepy. Wystarczy kilka słów: spowolnienia, niebieska flara, ROZPIERDOL JAK U NIKOGO INNEGO i j jesteśmy w domu. Koleś ma 52 lata i jest wierny sobie. Robi kino, po którym nie spodziewasz się katharsis, a jednak – znalazł niszę, która za każdym razem jest wypełniona takimi hiciorami, że na samą myśl ja osobiście przebieram nogami.
Ma swoje sztuczki. Ma swoje – wydawać by się mogło – niekończące się budżety. Ma wizję, trzyma się jej. I gdy już myślisz „Nie no, kurwa. Już nie przeskoczy samego siebie” – to on wypuszcza film o gigantycznych robotach, które jeżdżą na gigantycznych dinozauro-robotach. Klaszczę w dłonie. Puls mi przyspiesza. Oddech płytki. Michale Zatoko, jesteś najlepszy!
W najnowszej części największym zaskoczeniem dla mnie było to, że zagrał tu Anthony Hopkins. Serio.
A poza tym, to co mam Wam napisać? Kolejne „Transformersy” to nie jest film dramatyczny. Nie ma tu zbyt dobrej fabuły. Aktorzy? No są. Jest Wahlberg. Jest Duhamel. Jest nawet Stanley Tucci! Laura Haddock wreszcie dostała coś więcej, niż epizod.
Mamy też urocze – mniejsze i większe roboty. Optimus Prime przedstawia się „I am Optimus Prime” chyba z milion razy (nie przesadzam). Jest także mała gówniara pracownik głównego bohatera i dużo wyrenderowanego żelastwa.
Poza tym, nie wiem jak bardzo tęgie narkotyki były grane”, ale twórcy połączyli historię robotów z kosmosu z… legendą o Królu Arturze. Precyzując: punktem łączącym okazał się Merlin. W legendach mądry mag. Tu – pijaczek.
Moje największe zastrzeżenie, to długość. Prawie dwie i pół godziny ciągłego rozpierdolu, robi mi z mózgiem to samo, co kolejki górskie. No ale Zatoka chce się wykazać.
I naprawdę – to jedyna rzecz, której się czepiam. Ja, idąc na tego typu kino, nie spodziewam się emocji innych, niż radość, gdy widzę spektakularne rzeczy na ekranie. Nie szukam tu tajemnicy, historii, nie oczekuję wzruszeń. Chcę rozpierdolu. Dostaję go.
Plus kilka dobrych żartów.
To idealne, wakacyjne, odmóżdżające kino.
P. S. Tak oglądam właśnie listę filmów Bay’a. To chyba jedyny reżyser, którego obejrzałam wszystkie filmy. Po kilka razy. Ok… Po kilkanaście razy. Mam najgorszy gust filmowy na tej planecie.

