Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Sherlock: The Abominable Bride

ON:

Serialowy „Sherlock” z Benedictem Cumberbatchem ma już 5 lat. To kawał czasu i tylko garść odcinków, które są wysmakowane i niesamowite. Każda postać, każdy szczegół, każdy drobny element tego serialu jest idealny i dopasowany do potrzeb widzów i fanów. Cumberbatch jest genialnym Sherlockiem, Martin Freeman to ciepły, ale i stanowczy Watson, jednak największą rolę ma moim zdaniem Andrew Scott, wcielający się w rolę Moriarty’ego. To psychopata pierwszej wody – naprawdę. Kiedy dowiedziałem się, że odcinek specjalny tego fenomenalnego serialu pojawi się w kinach bardzo się ucieszyłem. Nareszcie nowy odcinek!

„Sherlock i upiorna panna młoda” jest ukłonem producentów do fanów. Ponieważ na 4 serię serialu przyjdzie poczekać jeszcze prawie rok, to postanowili oni dać widzom coś, co wypełni lukę. Opóźnienia wynikają między innymi z tego, że Martin Freeman popierdzielał z krasnoludami po Śródziemiu, aby wykraść skarb z rąk pewnego smoka, mówiącego głosem Cumberbatcha. Mniejsza z tym, ważne, że nareszcie pojawiła się kolejna część przygód tej niesamowitej pary.

„Sherlock i upiorna panna młoda” zaczyna się tam, gdzie zakończyła się ostatnia część trzeciego sezonu. Sherlock znajduje się na pokładzie samolotu, który ma opuścić kraj, chwilę potem przenosimy się do wiktoriańskiej Anglii, aby na 221B Baker Street poznać historię pewnej upiornej damy, która to ma wiele wspólnego z wydarzeniami współczesnymi. Ta bardzo alternatywna historia pokazuje Watsona, który wraca do kraju po ranach, jakie otrzymał podczas walk na froncie. Otrzymujemy szybką opowieść o tym, jak spotyka on szalonego detektywa i jak zaczynają mieszkać razem. Następnie pojawią się prawie wszystkie osoby, które znamy z oryginalnego serialu. Jest inspektor Lestrade, Pan Hudson, Mycroft, Hooper i inni. Każde z nich dopasowane od przedstawionych na ekranie realiów. Coś genialnego.

Historia toczy się swoim torem, Sherlock zbiera kolejne wskazówki, a my cały czas towarzyszymy mu podczas pracy. Jest jednak coś, co powoduje, że odcinek ten staje się jeszcze lepszy. To niesamowita dawka humoru, który pojawia się także w serialu, ale tutaj jest go po prostu całe kopy. Dla mnie chyba najlepszą sceną jest rozmowa na migi w klubie Diogenesa. Co tam się dzieje! Świetne są wstawki z Panią Hudson, która chce mieć więcej udziału w opowiadaniach Watsona itd. Coś wspaniałego.

Opowieść serialowa pokazana na wielkim ekranie ma o wiele większą siłę. Jest pełna, podobnie, jak pełne było kino, w którym nie znaleziono ani jednego wolnego fotela. To pokazuje, że fanów serialu jest naprawdę wielu. Dodatkowy smaczek, to krótki wstęp Stevena Moffata przed seansem, opowiadający o tym, jak zmieniony został pokój na potrzeby epoki wiktoriańskiej oraz wyświetlany po seansie materiał zza kulis. Co tu się więcej rozpisywać. Świetne kino po raz pierwszy na dużym ekranie. Jeśli nie udało się Wam dotrzeć na ten seans, to możecie tylko żałować, bo naprawdę było warto.

ONA:

Nie jestem serialowa. Wręcz można o mnie powiedzieć, że jestem bardzo nieserialowa. Nie widziałam ani jednego odcinka „Gry o Tron”, „Walking Dead”, „Detektywa”, „Breaking Bad”, „House of Cards”, „Wikingów”, „Dextera”, „TBBT”, ba – z całą moją sympatią nie umiałam się wkręcić nawet w „Dr House’a”. Nie czuję seriali. Nie mam na nich czasu. Ale jak już się w jakiś wkręcę… to kompletnie!

Pokochałam „Sherlocka” miłością kompletną. Mnie ten serial łechta tak przyjemnie, że poważnie – zamiast szukać innych odpalam sobie te kilka – niestety – odcinków. Pracuję z nim, odpoczywam, gotuję, zabieram ze sobą do łóżka. Niestety, twórcy tego serialu doprowadzają mnie do istnej kurwicy, zmuszając mnie, bym TYLE MUSIAŁA CZEKAĆ.

Tak więc nie trzeba się jakoś spektakularnie dziwić, kiedy pojawiła się informacja, że oto 7 stycznia w kinach będzie grany odcinek specjalny, w którym bohaterowie przenoszą się do właściwiej linii czasowej, czyli do XIX wieku. Obsada ta sama, zmieniony tylko anturaż.

I jak było? No wybornie! Najpierw krótkie info o tym jak twórcy próbowali pogodzić nową wersję i starą – świetne! Potem kolejny odcinek, a na koniec wywiad. Mało mi. Chcę więcej, chcę jeszcze.

Odcinek był perfekcyjny. Mam wrażenie, że bohaterowie i aktorzy dobrani są w tak genialny sposób, że ogląda się ich z ogromną satysfakcją. Benedict Cumberbatch jest cudowny i ma coś takiego w sobie, co sprawia, że czujesz i dreszcz, i wilgotność. A jak się odezwie to po prostu masz ochotę wyjść za niego za mąż. Tak, facetów też to dotyczy. Martin Freeman jest po prostu uroczy, szczególnie, gdy partneruje my Amanda Abbington, czyli serialowa Mary. Mycroft, czyli Mark Gatiss waży tu ze 3 tony, a pani Hudson (Una Stubbs) jest po prostu pocieszna. Hooper jak zwykle wpatruje się w Sherlocka jak gekon w muchę, a Jim Moriarty (genialny Andrew Scott) przeraża. I to tak naprawdę solidnie.

Cała opowieść dopracowana jest w każdym szczególe. Tu nie ma miejsca na błędy. Scenografia, muzyka, fabuła, pomysł, klimat – tu jest wszystko.

No i czekam, katując po raz kolejny serial od początku, by twórcy powili czwarty sezon. Halo, słyszycie mnie! CZEKAM!