ONA:

Na świecie jest dużo ludzi. 6 miliardów? Niech będzie. I niech każdy z tych 6 miliardów ludzi miał, ma lub będzie miał swój gust, co do muzyki, książek, filmów. I potem niech te gusta się zderzają. Co nam wychodzi? To, że dla jednych coś może być sufitem, a dla drugich podłogą. A po co ten wywód? Powody są trzy: „Prometeusz”, „Mroczy rycerz powraca” i „Plan doskonały”. Bo z nami jest tak, że zawsze bardzo chętnie oglądamy filmy polecane przez znajomych i rodzinę. „Obejrzyj, warto!” – i potem siedzę i oglądam „Coco Channel”. Albo „Eeee, nie ma sensu tracić czasu na to badziewie”, a ja z wypiekami na twarzy oglądam do 4 rano „Epidemię strachu”.

Dziś do pokrojenia film z Washingtonem, Owenem, Foster i Dafoe. Pomysł, nie powiem, jest niezły. Pierwsze ujęcie: Clive Owen w swoim monologu odpowiada na proste pytania. Nie wiemy, czy mówi to nam, czy jest przesłuchiwany. Nie wiemy, czy jest w ukryciu, czy w więzieniu. Ale opowiada nam historię pewnego napadu na bank, więc od razu kojarzymy, że to on go dokonał. Plan zaiste jest doskonały. W każdym ruchu podbicie banku jest idealnie opracowane. Wszystko. To wbija w fotel, to w jaki sposób rabusie mają wszystko przemyślane, to na co się decydują. Majstersztyk. Plan doskonały. Clive do tego jest tak okropnie seksowny, że aż wstyd mi. Po drodze pojawiają się kolejne wątki. Denzel Washington gra detektywa, który poza problemami z kasą (i swoją ukochaną), ma ambicję. Razem ze swoim partnerem tworzą całkiem niezły duet, który dostaje kolejna sprawę – napad na bank. Denzel bierze się za negocjację. I idzie mu to całkiem nieźle, dość szybko rozpracowuje pomysł włamywaczy, ale oni i tak go zaskakują. Trup jest tylko jeden. Kolejny z wątków to pani Foster i pan Plummer. Jodie gra kobietę, która w bardzo profesjonalny sposób zajmuje się ochroną interesów wpływowych ludzi. A Christopher gra dziadeczka, który ma dość solidny majątek i na pierwszy rzut oka – coś ukrywa. Jodie ma tą ukrytą rzecz zabezpieczyć. A nasz piękny włamywacz też zdaje się, ostrzy na to coś kły. Tak, dowiadujemy się z czasem o co chodzi… I ten wątek mógł być trochę bardziej pociągnięty, bo był bardzo ciekawy. Ciągle miałam niedosyt. Ciągle wydawało mi się, że zaraz się okaże, że bohaterowie są ze sobą jakoś powiązani, że może chodzi o zemstę, dawne zatargi, ale nic z tego. I właśnie to powoduje, że w ogólnym rozrachunku film staje się nudny i niedokończony.

Co mi się podobało? Clive Owen, wiadomo. Pomysł na początek i zakończenie też trochę trzepie mózg (bo pierwsze sceny są de facto finałowymi. Do tego samo obrabowanie banku było ambitne i doskonałe. Jodie jak zawsze perfekcyjna (mimo, że z wadą wymowy).

Co było takie-se? Niedopracowanie wątków. Trochę za dużo się działo. Byłam solidnie skołowana bohaterami (szczególnie tymi w banku, bo potem już sama nie wiedziałam kto jest dobry, a kto zły). Cały czas liczyłam, że zaraz się okaże kto był wtyką, kto się podłożył, kto pomagał włamywaczom. Ciągle z Dejwem dyskutowaliśmy „To on jest wtyką, na bank!”, „Eeee, nie – raczej tamten.” A tu kapa. Film się po prostu skończył.

Jeżeli ktoś planuje zbrodnię doskonałą, warto się zainspirować. Można obejrzeć, raz, bo historia do pewnego momentu jest arcyciekawa.

ON:

Spike Lee jest reżyserem tak nierównym, jak morze podczas sztormu. Potrafią mu wyjść filmy naprawdę dobre, takie jak “Autobus” (poruszający kwestie społeczne), ale czasem ma spadek formy i całkiem dobrze zapowiadające się kino sensacyjne, z gwiazdami z najwyższej półki, potrafi położyć na łopatki. Właśnie tak się stało z filmem „Plan doskonały”. Kino akcji, jakie nam zaserwował, stało się rozlazłym makaronem. Wielowątkowość przypomina rozgotowane, położone na talerzu kluchy. I myślę sobie, że ta wielowątkowość Pana Lee przerosła. Dlaczego? Ponieważ po pierwszym, całkiem sensownym wstępnie, zaczynamy się po prostu nudzić. Dochodzi do tego przewidywalność i brak ostatecznego zaskoczenia.

Mamy idealny, ba praktycznie doskonały plan napadu na bank na Manhattanie. Ekipa wchodzi do budynku, robi zamieszanie, wykonuje dziwne, czasem podpadające pod absurd posunięcia, ale wszystko to jest częścią akcji. Bardzo szybko policja dowiaduje się o zajściu i na miejscu pojawia się dwójka ciemnoskórych detektywów. Ich zadaniem jest negocjacja z rabusiami. Jeden z policjantów, którego poznajemy na kilka minut przed całym zajściem, okazuje się mieć dość poważne problemy finansowe, na dodatek z policyjnego depozytu zginęło 140 tysięcy dolarów, a no mimo iż nie jest winny, nie chce mieć wydziału wewnętrznego na karku. Kolejny wątek to jego dziewczyna, z którą chce spędzić resztę swojego życia, ale właśnie brak kasy powoduje wspólną frustrację. No i jeszcze między nich upchano brata wybranki naszego policjanta, który jest życiowym nieudacznikiem i na dodatek mieszka z nimi.

No to poznaliście już  Detektywa Freziera. Po drugiej stronie bankowych drzwi stoi Dalton Rusell, to on jest mózgiem operacji i on wprowadza nas na początku filmu w historię napadu na bank. Inteligentny i przebiegły, wykonuje w tym filmie tak wiele głupich posunięć i pomyłek, że nie wiem jakim cudem udało mi się ten bank obrobić. Upsss spojler. Dobra nic wam to nie da, bo nie wiecie po co tam polazł i czego szukał.

Po informacji na temat napadu, pojawiają się na scenie kolejne dwie osoby. Jeden z członków zarządu banku, który ma w depozycie coś bardzo ważnego, co nie powinno dostać się w niepowołane ręce oraz Pani White, która jest specjalistą od delikatnej roboty. Polecona przez kogoś panu z zarządu, spotyka się z nim by omówić kwestię odzyskania rzeczy ze skrytki. Ponieważ jest ona tak bardzo dobra w tym co robi, to wiele osób na najwyższych stanowiskach wisi jej przysługę, dzięki temu zaczyna współpracować z naszymi detektywami. Tutaj pojawiają się dwa kolejne wątki, jeden ze sprzedażą mieszkania na Manhattanie osobie, która nie powinna mieć mieszkania w tym rejonie oraz tego co w skrytce trzyma człowiek z zarządu.

Przybycie na miejsce napadu pani White powoduje pojawienie się następnych wątków, miedzy innymi dochodzi do jej spotkania z Rusellem. I tak każda kolejna scena to znów coś i coś, i coś. W ten sposób Spike Lee zabił ten film, bo sam nie potrafił tych wszystkich wątków sensownie powiązać. Zostawił je rozbabrane, zupełnie bez sensu. A wystarczyło trochę więcej sensownych posunięć i małych poprawek w scenariuszu. Poza tym, film jest za długi, dopchany scenami, które nie mają zupełnie potrzeby bytu. A rozwiązanie zagadki „nigdy nie wiesz, kto Cię słucha” było tak głupie, że aż mnie zęby bolą. Ni z gruchy, ni z pietruchy tekst, który ma naprowadzić naszego detektywa na rozwiązanie, bo w innym przypadku film stanie w miejscu.

Jak dla mnie, to można, ale nie trzeba.