Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Rock

ONA: 

W 1996 miałam 10 lat, biegałam w różowych rajtkach po wsi i kochałam już Freddie’go Mercury’ego, ale za bardzo mnie filmy nie interesowały. Dawid natomiast miał lat 16 i poszedł na ‘The Rock’ do kina. Na całe szczęście, zaproponował w któryś wieczór, żebym ten tył nadrobiła. Warto było. Wygląda na to, że produkcje pana Michaela Baya mnie naprawdę jarają!

Bohater 1: Pierwsze ujęcia. Cmentarz wojskowy i generał nad grobem swojej żony. Z tego co mówi i jak wygląda jego mimika – coś knuje. A knuje na potęgę. Właściwie, ciężko się z nim nie zgodzić. Chce walczyć o prawa żołnierzy walczących w innych państwach i ich rodzin. Idea słuszna. Wykonanie nieco terrorystyczne. A Ed Harris w tej roli spisał się genialnie.

Bohater 2: Kolejna scena. Laboratorium chemiczne. Nicolas Cage w roli biochemika. Totalny leszcz, którego można wykiwać nawet w grze w bierki, ale diabelnie dobry w swoim fachu.

Bohater 3: I do tego Sean Connery w roli cfanego uciekiniera z Alcatraz.

Cały film kręci się wokół tego, że bohater 1 jest ‘terrorystą’, który chce wysadzić w powietrze San Francisco, wraz z zawartością, no chyba, że dostanie 100 mln zielonych, które ma zamiar oddać żonom/rodzinom poległych w walce żołnierzy. Szczodry gest, nieprawdaż?

A bohater nr 2 dowiaduje się, że ma zostać ojcem!

Natomiast bohater nr 3, poza tym, że był szpiegiem Jej Wysokości, zdaje się być niezłym gagatkiem!

I tak. Jeden z bohaterów wkręcał wszystkich. Jeden oszukał wszystkich, żeby inny mógł uciec, zatem jeden uciekł. Jeden z nim umiera. Wszyscy za to występują w świetnym filmie.

Dobra Dave, ostatnio wybierasz same dobre filmy!

ON:

Kiedy Paula wchodziła do piekarnika po drabinie, to ja chadzałem na „dorosłe” premiery do kina. Jednym z takich filmów był „The Rock” Michela Bay-a. Uwielbiam jego produkcje, uwielbiam za pewien styl, po którym poznać jego filmy. Poza zdjęciami, specyficznymi ujęciami kamery i zwolnieniami, jego produkcje możemy poznać po muzyce, która towarzyszy nam przez cały czas trwania filmu. OST do The Rock jest po prostu cudownie hipnotyzujący i był pierwszą płytą kupioną przeze mnie po przerzuceniu się z kaset na CD. Ale do rzeczy.

Błękitnooki generał Hummel, po wielu latach służby, nie może już patrzeć na śmierć swoich żołnierzy, którzy ginęli pod jego dowództwem podczas tajnych operacji w różnych regionach świata. Jak to się mówi, jak nie po prośbie to może po groźbie. Wraz z grupą najemników (część z nich to jego byli podwładni) okradają magazyny wojskowe i stają się posiadaczami rakiet z maleńkimi zielonymi kulkami pełnymi gazu, który może położyć trupem sporej wielkości miasto. Przypadkowo trafiło na San Francisco, a miejscem, z którego mają wystartować rakiety jest Alcatraz. Więzienie, z którego podobno nikt nie uciekł i do którego dostać się bez bycia zauważonym też jest trudno. Jak by nie patrzeć rząd US jest w ciężkiej, no wiecie gdzie.

Aby rozbroić ładunki, trzeba dobrego chemika i kogoś kto zna więzienie jak własną kieszeń. Z chemikiem nie ma problemu, jest nim kochający winyle i Beatlesów Stanley Goodspeed. Gorzej jest z osobami, które znają więzienie. Ale okazuje się, że w czeluściach tajnych więzień CIA zamknięty siedzi pod kluczem Agent Jej Królewskiej Mości, którego trzymają amerykanie od czasów zimnej wojny. A wszystko dlatego, że podobno jest w posiadaniu mikrofilmu, na którym są wszystkie największe tajemnice USA. Tak więc siwowłosy Pan 007 dostaje propozycje nie do odrzucenia. Ty nam pomagasz, my Cię zwalniamy z więzienie „póki masz jeszcze trochę grafitu w ołówku”. I tak się zaczyna The Rock.

Dla mnie film zacny, film mojej młodości i pewnie mimo wielu bugów, wiele osób dowali się do błędów itd. ale mi to nie przeszkadza. Jest to kino akcji tak dobre, że mimo tego wszystkiego złego słowa o nim nie powiem.

Polecam, bo naprawdę warto.

PS. Uwielbiam akcent Shona Connerego. Jego wykonanie “Szan Francziszko”