A case of you

ONA:

Z szybkich badań, które przeprowadziłam na wąskim gronie facetów, których akurat miałam pod ręką wyszło jasno „Mężczyźni nie lubią Justina Longa”. Cóż, mają pecha, bo ja go akurat totalnie uwielbiam. Nie wiem czemu. Może za rolę w „Die hard 4.0”? Może za „Przyjętego”? A może dlatego, że jest on „Hi, I’m mac”? Nieważne. Jego nieogarnięcie filmowe ujmuje mnie absolutnie i co jakiś czas odpalam dowolnie wybrany film z nim w roli głównej. Na ogół to kino bliźniaczo podobne do siebie, ale co z tego! Ostatnio w łapki wpadł mi „A case of you” – komedia – niestety – romantyczna, ale dość istotna w obecnych czasach.

Sam (J. Long) to młody, utalentowany pisarz, który za cholerę nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu, a jego kariera – no cóż – dopasowała się do wymogów przeciętnego czytelnika. Pewnego dnia w pobliskiej kawiarni spotkał uroczą kelnerkę, Birdie (Evan Rachem Wood), która z miejsca wpadła mu w oko i która ujęła go swoim spontanicznym, otwartym charakterem. Sam postanowił, że musi ją zdobyć – za wszelką cenę. Oczywiście, początkowo idzie mu to rozpaczliwie, ale w końcu wpada na pomysł, żeby znaleźć profil dziewczyny na fejsie. Jak wiadomo nie od dziś – ludzie na tym portalu chwalą się wszystkim, a w tym zainteresowaniami, sympatiami i pragnieniami. Sam korzystając z profilu Birdie, pragnie zostać jej facetem idealnym, z marzeń i snów. I przy okazji musi zmienić swoje podejście do życia i dopasować je do „wymogów” swojej ukochanej. Tworzy to oczywiście wiele komicznych sytuacji, z których główny bohater musi wyjść. Musi, bo mu przecież zależy.

Nie spodziewajcie się po tym filmie fajerwerków. To przyjemne oglądajło, bo przecież to komedia romantyczna i zarówno wątek komediowy, jak i romantyczny są tu nieźle wyważone. Gdzieś tam pomiędzy wersami twórcy chcieli dorzucić jakiś „morał”, by człowiek z jednej strony nie kreował się jakoś wybitnie w wirtualnej rzeczywistości, szczególnie, gdy jest ryzyko zderzenia jej z realnością, a z drugiej – żeby uważał co upublicznia w serwisach społecznościowych, bo to nigdy nie znika i czasami może zostać błędnie zinterpretowane.

W ramach własnego masochizmu od czasu do czasu sięgam po tego typu filmy, bo one są bardzo poprawne, czasem nawet śmieszne i poruszające, a ja akurat wtedy mam ochotę na spokojną, nieskomplikowaną fabułę. Minusem oczywiście jest słodki happy end, ale gdyby go nie było – mielibyśmy obyczaj, a może nawet i dramat. A – wiecie co jeszcze mega mi się podoba w takich filmach? Scenografie i wnętrza. I nadal pan „Hi, I’m Mac”.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad