ONA:

Moje oczekiwania wobec filmu „Burleska” były bardzo niskie. Dlaczego? Jestem fanką musicali, ale niestety, fabuła w takich filmach nie jest powalająca. Miłość wyśpiewana na różne sposoby, ot co. Potem kwestia aktorów, którzy mają przede wszystkim ładnie śpiewać, ruszać się i wyglądać, ale nie szukajmy w tych kreacjach czegokolwiek wspólnego z prawdziwym, wysokopółkowym aktorstwem. Do tego zatrudnianie piosenkarzy w filmach częściej wychodzi bokiem, niż dobrze. A tu lekki szok.

Film „Burleska” jest dobry! Ok, jest ckliwy, o miłości, marzeniach i jakiś tam dziewczyńskich planach, ale jest przede wszystkim ładny. Do tego fenomenalnie udźwiękowiony i rewelacyjnymi wokalami Cher i Aguilery. Jest delikatnie flirtujący z widzem, więc klimat burleski został absolutnie zachowany. Jest nieco tajemniczy, nieco zabawny, historia jest lekka i nie wymaga myślenia, ale muzycznie palce lizać. Jeden z lepszych musicali ostatnich lat.

Całość przypomina nową wersję historii Kopciuszka. Ali mieszka w małej miejscowości, pracuje w knajpie i marzy o nowym życiu. Ma do tego niezwykły talent – pięknie śpiewa. Jest świadoma tego, że w małej pipiduwie na nic się jej wokal nie przyda, więc postanawia porzucić dotychczasowe życie i przeprowadzić się do Los Angeles. To jest jej Ziemia Obiecana. Przypadkowo trafia do klubu „Burlesque”, gdzie owszem – dziewczyny tańczą, ale nie jest to taniec zwykły, czy wokół rury. Szefową biznesu jest Tess, która niestety ma problem z tym interesem. Delikatnie mówiąc: biznes się sypie, a akurat na to zastrzyki z kolagenu nie pomogą. Ali dostaje w klubie pracę kelnerki, oczywiście, marzy się jej scena, ale nie tak łatwo tam dojść. Marzy się jej również wielka miłość, ale wszystko po kolei… Oczywiście, miasto rzuca naszej bohaterce kłody pod nogi, ale ona się nie poddaje i ciągle prze do przodu, z nadzieją na lepsze jutro. I jak to w bajkach bywa – jest i sukces i książę na białym koniu.

Wielki aplauz dla twórców, którzy skupili się na wizualnej stronie filmu. Zdjęcia i kadry, choreografia i scenografia, no i kostiumy – przepięknę. Nie sposób zapomnieć o samej Kryśce, która gra trochę lepiej niż zupa mleczna, ale głos ma porywający i tworzący na powierzchni skóry reakcję pilomotoryczną. Film jest lekki, nie ma w nim za grosz akcji, głębokich emocji, nie ma magii, nie ma też wymogu, żeby go analizować i rozmyślać nad nim. Te wszystkie braki i zalety sprawiają, że ogląda się to w sposób pozbawiony komplikacji i skupiamy się po prostu na zabawie. Polecam.

ON:

Która kobieta nie słyszała bajki o Kopciuszku? Chyba takiej nie ma. Pewnie będąc małymi dziewczynkami słuchały jej, gdy mamy czytały im ją na dobranoc. Z biegiem lat bajka stawała się okrutną, szarą prawdą. Książę nie był taki przystojny, tak bogaty i tak wspaniały, jak w baśni. Życie stało się monotonne, a marzenie o dostatku zastąpił wyścig szczurów, w którym nawet jeśli wygrasz, nadal będziesz szczurem. „Suede” śpiewali o „samotnych dziewczynach”, które leżą w łóżkach zastanawiając się dokąd zmierzają ludzie za oknem. To te księżniczki, które oddały się pracy, wieczorem oglądają filmy wraz z kotem, leżącym obok i jedzą lody prosto z pudełek. Ich książę nie chce się znaleźć, wiec oddają swoje wdzięki pierwszemu facetowi, który tylko się uśmiechnie w ich kierunku, niezależnie jakim bydlakiem on by nie był. Mają one pragnienia, których nigdy nie spełnią, a życie przeleci im gdzieś obok.

Dla takich dziewczyn/kobiet kręcone są filmy typu „Burleska”, w nich znajduje się siła, którą oglądające je panie mają wciągnąć, a później przy jej pomocy – stanąć na własne nogi. Ok, feministki mnie po tych kilku zdaniach powyżej pewnie będą chciały obedrzeć ze skóry, ale niestety piękne panie, wiele z waszych „koleżanek” bardzo ciężko radzi sobie z samotnością. Żyją w swojej bajce. Z takiej bajki chce się wyrwać Ali, dziewczyna z maleńkiej mieściny, która kelnerzy w jakiejś dziurze, aby zarobić kilka dolarów na spełnienie swoich snów. Każdy dzień jest taki sam jak poprzedni. Znów szef nie płaci kasy, znów wszystko wygląda szaro. Blond piękność ma w końcu ma dość. Bierze z kasy należne jej pieniądze, wraca do domu, pakuje się i wyjeżdża  do „miasta aniołów” – tam musi być inaczej. Ali chce zostać tancerką i piosenkarką. Te dwa talenty pielęgnowała w pustych ścianach baru, w którym pracowała do tej pory. „Sandman” dał jej sen, a ona będzie starała się go urzeczywistnić. Włócząc się nocami po ulicach Los Angeles trafia w progi „The Burlesque Lounge”, klimatycznego, lecz podupadającego baru, w którym królują muzyczne przeboje (śpiewane z playbacku), odważne ubrania i choreografia oraz Tess – charyzmatyczna, trochę demoniczna właścicielka. W tym miejscu jest coś. Czuje się tu upływ lat, czar sceny i ciężkich kotar, to miejsce gdzie czerwone aksamitne fotele wytarte są przez setki osób, na nich siedzących. Ali zakochuje się w tym lokalu od pierwszego wejrzenia. „Z kim trzeba się przespać aby dostać tutaj pracę?” –  „Zapytaj o Tess” – mówi Jack Miller przystojny barman. Rozmowa z szefową jest krótka i ostra. Dziewczyna nie ma co szukać w takim klubie. Umiejętności nabyte podczas wypasania świń nie są odpowiednie do klubu z tańcem. Wkurzona bohaterka wybiega z garderoby, chwyta za tacę i zabiera się za to, co potrafi robić najlepiej. Będzie kelnerką. A kto ją zatrudnia? Oczywiście Jack, który dostaje odpowiednią reprymendę. I tak zaczyna płynąć czas w „The Burlesque Lounge”. Ali pracuje, jednocześnie podpatrując kroki tancerek na scenie, co owocuje poznaniem wszystkich układów. Na co to naszej dziewczynie? Aby kiedyś spełnić swoje marzenie. Dodatkowo zrządzenie losu powoduje, że kelnerka zaczyna pomieszkiwać z barmanem, wszystko z winy włamywaczy, którzy obrobili jej mieszkanie.

I tak ta historia się spokojnie rozwija. Klub ma problemy finansowe, Ali chce wziąć udział w przesłuchaniach na nową tancerkę, Jack okazuje się mieć dziewczynę (ale oczywiście zaczyna zakochiwać się w sublokatorce). Problemy, problemy, problemy. Wszystko to okraszone jest ogromną dawką całkiem zjadliwej muzyki. Muszę ukłonić się pani Cher za piosenkę  „You Haven’t Seen The Last Of Me”, która pojawia się w filmie. Zupełnie nie moje klimaty, ale utwór jest po prostu świetny. No i na kogoś kto ma ze 2 setki na karku, to nadal ta babka świetnie brzmi. Tak więc dostajemy 2 godzinny musical o współczesnym kopciuszku. Historia przewidywalna i płyciutka, gra aktorska nie jest może oscarowa, ale daję radę. Taki film do oglądnięcia wraz z drugą połową, w jesienny, chłodny wieczór. Jeśli więc chcesz wywrzeć wrażenie na swojej nowej partnerce, pokazać, że jesteś uczuciowy, uroczy  i ciepły, to wal jak w dym do wypożyczalni, zrób kolacje a później odpalaj „Burleskę”.