Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

About time

Jakiś czas temu wszyscy dookoła dosłownie wpadli w jakąś zbiorową histerię na punkcie filmu „About time”. „Widziałaś już? Nie?! To KONIECZNIE musisz nadrobić!!!” No to nadrobiłam i co następuje:
– ten film nie jest 100% komedią romantyczną, bardziej „komedią obyczajową”,
– główny bohater jest jednym z najbardziej uroczych rudzielców, jakiego kiedykolwiek widziałam,
– Rachel McAdams traci cały swój urok, jeśli ma grzywkę,
– angielski humor jest najlepszy.

Tim (Domhnall Gleeson) to taka trochę pierdoła. Jest nieśmiały, jego kontakty z kobietami są dość żałosne, a przed nim stoi dorosłość, która tak naprawdę zależy wyłącznie od niego. Nie wyróżnia się niczym specjalnym. I wtedy na rozmowę wzywa go jego tato, obwieszczając swojemu pierworodnemu, że wszyscy faceci z ich rodziny mają pewien dar. Otóż potrafią się oni przemieszczać w czasie. Staruszek zdradza młodemu parę cennych wskazówek, pokazuje jak to robić, temperuje nieco jego zapały dotyczące rychłego wzbogacania się i tyle. Tim oczywiście pierwszorzędnie wykorzystuje swoje moce do poprawy kontaktów z dziewczynami, ale cóż, wychodzi mu to nadal średnio. Załóżmy jednak, że z totalnej pierdoły zmienia się w całkiem ogarniętego kolesia. Po czasie przeprowadza się do Londynu, mieszka u ekscentrycznego dramaturga Harry’ego i niespodziewanie spotyka Mary (Rachel McAdams). Ta kobieta mocno wpłynie na jego dalsze życie, chociaż wcale nie będzie łatwo, nawet z takimi zdolnościami, jakie ma Tim.

Do pewnego momentu „About time” jest klasyczną komedią romantyczną, ale mniej więcej w połowie, kiedy wszystko jest już tak, jak być powinno, zastanawiamy się co będzie dalej… Potem film staje się komediowym obyczajem i przeprowadza nas przez różne życiowe meandry. Jest śmiesznie, bohaterowie są charakterni, a całość ogląda się mega przyjemnie. Mamy tu kilka wątków, które nawzajem się sympatycznie przeplatają. Mamy Tima i jego wieczne problemy – a to z dziewczynami, a to z życiem, ale na szczęście za pomocą odpowiednich umiejętności wszystko da się naprawić – nawet pierwsze spotkanie z „teściami”. Mamy tatę, intelektualistę, który jest po prostu uroczy, mamy mamę – która jest rozbrajająca. Jest też dziwny wujaszek, jest siostra, z którą są ciągle problemy, no i Harry – z którym z miejsca złapałam nić sympatii. Całość podana jest w pięknej scenografii, takiej nonszalancko-bylejakiej, ale ogląda się to wybitnie dobrze. Kolejnymi plusami są muzyka i cała warstwa dialogowa. A na koniec wzrusza.

Nie płakałam na „Zielonej mili” – wyłam na „About time”. Po seansie leżałam w łóżku zastanawiając się co ja bym zrobiła, mając taki dar. Co bym poprawiła w swoim życiu? Kogo bym z niego wywaliła? Przy kim bym trwała? Nie chcecie wiedzieć do czego doszłam w tej refleksji…

ON:

Biegnąć przez życie zapominamy się zatrzymać. Rzadko kiedy oglądamy się za siebie, a najlepsze momenty pozostają tylko w naszej pamięci. Czasem jednak znikają, stają się zatartym wspomnieniem, kawałkiem wyblakłej kliszy. Na starość, siedząc w głębokim fotelu, staramy sobie przypomnieć te chwile, które miały największe znaczenie, te osoby, które kochaliśmy i miejsca, które odwiedzaliśmy. Niestety, nie zawsze się nam to udaje. Pamiętajmy więc, że życie mamy tylko jedno, a czas nie zawsze stoi po naszej stronie.

Paulina ma umiejętność znajdowania ciepłych i naprawdę dobrych filmów obyczajowych, które nie są do końca typowymi komedyjkami romantycznymi. Nie jestem zwolenników tego typu kina, ale muszę przyznać, że opowieści takie jak „About Time” mają coś w sobie. Ta napisana i wyreżyserowana przez Richarda Curtisa (tego od „Love Actually”) to tak naprawdę tocząca się własnym tempem dwugodzinna historia o przemijaniu. Jej narratorem jest Tim, młody rudzielec, którego ojciec jest lekko szalony, matka żyje własnym życiem, a dziwny wuj przesiaduje cały czas w ich domu. Siostra Tima to zjawisko samo w sobie i jak on sam mówi „Najpiękniejsza kobieta na ziemi”. To dzięki niej, a dokładniej dzięki jej przyjaciółce, młody chłopak poznaje czym jest pierwsza wakacyjna miłość. Traf chce, że w tym czasie kończy on 21 lat. Tego dnia dowiaduje się od swojego ojca, że posiada umiejętność podróżowania w czasie. Oczywiście, są pewne restrykcje, ale nawet z nimi umiejętność ta jest ogromnie pomocna. Pierwsze niedowierzanie przeobraża się w ekstazę, gdy okazuje się, iż to co mówi głowa rodziny jest prawdą.

Od tej chwili mamy możliwość obserwować przed jak dużą ilością dylematów stajemy każdego dnia. Jak bardzo trudne jest znalezienie tej jednej, jedynej osoby, a jeszcze trudniejsze utrzymanie jej przy sobie. Całe szczęście Tim wpada na Mary i zakochuje się w niej po uszy. Jednak początki są trudne i tylko odpowiednio wymierzone skoki w czasie mogą uratować go przed wiecznym związkiem z Renią Grabowską. Młodemu chłopakowi dziewczyna zawraca w głowie. Nie widzi świata poza nią, a jego upór w dążeniu do celu przynosi skutek. Zaręczyny, ślub dzieci. Tylko, że nie wszystko idzie jak z płatka. Problemy można jednak obejść, szczególnie jeśli posiada się tak wyjątkową umiejętność.

Gdy towarzyszymy Timowi w jego problemach, możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, jak szybko uciekł seans. Wszystko przez to, że jego problemy może mieć każdy z nas. Staje się on dla nas kumplem opowiadającym o swoich przygodach. Jest to naprawdę dobre kino. To też przykład na to, że ciekawy pomysł nie musi być przepełniony efektami specjalnymi. Warto