ON:

Kraju, w którym przyszło nam się urodzić – nie wybieramy. Nie mamy wpływu na wiele rzeczy, jakie idzie nam na co dzień oglądać. Jeszcze gorsze jest to, że ojczyzna, którą wielu z nas tak bardzo kocha, nie kocha nas tak bardzo jak my ją. Jak śpiewał Grzegorz Ciechowski „To nie kochanka, ale sypiam z nią, choć śmieją ze mnie się i drwią”. Plują nam w twarz politycy, kpią z naszego prawa – śmiesznego i pełnego dziur, żyjemy w kraju, który tłamsi młodego przedsiębiorcę w zarodku, starym dowala takie składki, że nie ma sensu się starać. Żyjemy w ciekawych czasach, w erze pazerności i przekupstwa, nepotyzmu i kłamców. Jest źle, ale gorzej było kilkaset kilometrów na wschód od naszych ziem w 1942 roku. Mógł się o tym przekonać Aleksandr Isajewicz Sołżenicyn, autor sławnego „Archipelagu Gułag”.

Dziś jednak będzie o innym dziele, a właściwie małym zbiorze opowiadań pt. „Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania”. Aby zrozumieć twórczość rosyjskiego pisarza, trzeba trochę prześledzić historię jego życia. Do 1945 roku można powiedzieć, iż jest wybitnym rosyjskim naukowcem i żołnierzem. W 1945 roku NKWD (taka grupa wesołych rosyjskich skurw…) przechwyciła jego list, w którym odważył się skrytykować sposób prowadzenia wojny przez rosyjski rząd oraz Stalina i to było jego przysłowiowym „gwoździem do trumny”. Wylądował na Łubiance, a stamtąd na Butyrk. Bardzo szybko został oskarżony o agitację antyradziecką oraz próbę utworzenia organizacji antyradzieckiej i otrzymał wyrok 8 lat wychowawczego obozu pracy. Tam miał okazję zobaczyć czym jest upodlenie, zniewolenie i zezwierzęcenie ludzkiego rodzaju. Na podstawie swoich obserwacji stworzył dzieła, które pokazały i potępiły reżim radziecki. Ponieważ obawiał się kolejnych aresztowań, wiele z jego rękopisów przechowywał u swoich przyjaciół.

„Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania” to dzieło wybitne i rozbijające na elementy pierwsze katorgę, jaką przeżywa jednostka zniewolona. Dzień człowieka w gułagu zaczyna się on pobudki, którą wydzwania się o 5 rano „… jak zawsze, młotkiem o szynę koło baraku komendy…” Te pierwsze półtorej godziny do rozprowadzania było czasem własnym, nie państwowym i kto nauczył się żyć w łagrze dobrze wiedział, że jeśli dobrze zagospodaruje te 90 minut, to może ono zaowocować na przyszłość. Szuchow wiedział dobrze co można w tym czasie zrobić, gdzie podskoczyć, z kim pogadać, komu się przypodobać, aby jego pobyt był choć o drobinę lżejszy. To podać komuś suche i ciepłe walonki, to upchać w dziurze materaca skórkę od chleba, przemyconą z wieczornego posiłku, tak aby nikt podczas jego nieobecności jej nie znalazł, to znów podskoczyć do komendy i się na coś przydać. Dziś jednak Szuchow nie był w nastroju, coś go brało, telepało, grypa jakaś? Niestety nie udało mu się wymigać od codziennego zapier… i wraz ze swoją kompanią wyruszył na całodzienne prace na budowie. Na zewnątrz poza obozem jest tylko jedno prawo i jeden kat. Jest nim tajga. Nie uciekniesz, nie masz gdzie. Śnieg, mróz i dzikie zwierzęta. Choć można powiedzieć, że jest jedna ucieczka, gdy opuścisz baraki, przedrzesz się przez strażników, przez las, przez zamarznięte rzeki i znajdziesz chwilę, aby położyć się w śnieżnej zaspie. Poczekasz, aż kolejne warstwy śniegu i temperatura zrobią swoje. Twoje włosy i brodę zacznie pokrywać szron, oddech stanie się coraz to płytszy, twoje ciało ogarnie wyjątkowe ciepło, a ty odejdziesz, uciekniesz tam gdzie Cię już nikt nie złapie…

Taki właśnie jest Sołżenicyn, dosadny i ciężki. Jego słowa potrafią ciąć jak nóż, rozprawiają się z tymi, którzy wtedy zniewalali jego osobę. Teraz nie ma już o co się obawiać, przeżył obóz, przeżył raka żołądka, przeżył zesłanie i mimo tego wszystkiego po wielu latach wrócił do swojego domu, do jego „mateczki Rosji”. Grzegorz Ciechowski ubrał to w takie słowa: „nie pytaj mnie dlaczego jestem z nią, nie pytaj mnie dlaczego z inną nie, nie pytaj mnie dlaczego myślę, że, że nie ma dla mnie innych miejsc”…