ONA:

David Fincher to koleś od najlepszych teledysków, jakie powstały w latach 80 i 90. Współpracował z Rickiem Springfieldem, z Foreigner, nawet ze Stingiem. Tworzył videoklipy do utworów Pauli Abdul, Madonny, Aerosmith, czy Georga Michaela. Zerknijcie na jego résumé, to opadnie Wam szczęka. Ale w którymś – na całe szczęście – Fincher zdobył się na odwagę i postanowił nagrać coś większego. Na dużym ekranie zadebiutował z nie byle czym. Została mu powierzona kolejna część przygód Ellen Ripley. Jego poprzednicy – Scott i Cameron, podnieśli mu niewyobrażalnie wysoko poprzeczkę. Fincher musiał zrobić coś takiego, co sprawiłoby, że jego wersja będzie mogła dumnie stać obok dwóch poprzednich. Jak wyszło?

Z poprzedniej części wiemy, że 3 osobom udało się przeżyć masakrę urządzoną przez bezokiego stworka. Bezpiecznie sobie dryfowali w przestrzeni i nagle coś się stało. Kapsuła ląduje na oddalonej planecie Fiorina 161, która pełni funkcję więzienia dla skazanych za najgorsze czyny. Jedyna ocalała – Ripley, trafia pomiędzy rzesze bezwzględnych morderców i gwałcicieli. Ale – jak się okazuje – to nie jest największy problem. Ktoś jest z nią. Chyba nie muszę mówić kto…

„Alien 3” nie jest moim zdaniem najgorszą częścią z całej kwadrylogii, ten haniebny tytuł należy do ostatnie, która była stworzona wyłącznie po to, żeby wydoić trochu z bohaterów, ale dzieło Finchera niestety nie do końca może być nazywane doskonałym, jak poprzednik stworzony przez Camerona. Biorąc pod uwagę różnicę czasową i możliwości – mimo wszystko postawiłabym go na równi z częścią pierwszą. Powiem tak: źle nie jest, jest inaczej i widać w tym „innego” reżysera, ale nie jest perfekcyjnie. W produkcji Finchera strasznie podoba mi się tło, na którym rozgrywają się wydarzenia. Mimo, że jest surowo, a klimat jest ciężki, męczący itp. – jest fajnie. Całe więzienie, odseparowujące największych skurwieli od reszty ludzkości, jest praktycznie namacalną formą apokaliptycznej wizji świata, który zmierza do końca. Bohaterowie pojawiający się obok Ripley są amoralnymi bestiami. Włożenie pomiędzy nich kobiety (ze stali, ok – ale nadal kobiety), było bardzo problemowe i ryzykowne. Ale to charakterna babeczka, ona daje sobie radę. „Alien 3” był jednym z pierwszych filmów, które rozpoczęły erę komercyjności, ale to nie wada. On jest stworzony tak, by wbić w fotel, by zachwycić, przerazić, może nawet odrobinę dać do myślenia. I jest jedna rzecz, która sprawia, że Fincherowi należy się szacunek za tę pozycję. On po mistrzowsku, a przypomnę, że był debiutantem, odnosił się do dobytku poprzednich dwóch dzieł, a nam – widzom, dał bardzo symboliczny film, w którym można odnaleźć jawny, a jednak ukryty przekaz. „Alien 3” to metafora przede wszystkim ludzkiej natury, to klamra, która łączy wszystkie trzy części w jedną całość. Ostatnia scena – bardzo symboliczna, bo dająca głównej bohaterce wolność, powinna na zawsze zamknąć tę serię – wtedy byłoby perfekcyjnie. A tak… Ale o tym jutro…

ON:

To, że David Fincher wypłynie na szerokie filmowe wody, było wiadomo. Nie wiadomo było tylko kiedy to nastąpi. Stało się to w 1992 roku, kiedy spod jego ręki wyszedł „Alien 3”. Wcześniej zajmował się reżyserką teledysków, między innymi dla Madonny. Fincher ma swój specyficzny styl, który widać w jego kolejnych filmach, a „Obcy 3” był pierwszym dużym krokiem w jego karierze.

Chyba najpierw zacznę o bolączkach. 1992 rok to czas kiedy komputerowe efekty specjalne dopiero „raczkowały”. Rozumiem, że nie było innego wyjścia i trzeba było zanimować postać obcego, ale jest to bardzo słabe. Widać jak odcina się on od zdjęć, jak jest nałożony na kliszy. Wszelkie sceny, gdzie wykorzystano kostium są świetne, ale te z animacją wołają o pomstę do nieba. Ten alien jest pokraczny i nic tego nie zmieni. To jest jedyna słabostka filmu Finchera, reszta co całkiem dobre kino, które broni się klimatem i kilkoma naprawdę świetnymi scenami. Warto dodać słówko o scenografii, bowiem scena początkowa, rzeźnia, czy stare opuszczone szyby wentylacyjne są naprawdę imponujące.

Po wydarzeniach znanych z „Aliens”, Ellen ląduje awaryjnie na Fiorine 161, kolejnej zapomnianej przez Boga planecie. Na tym burzliwym kawałku skały, znajduje się stara odlewnia oraz więzienie o zaostrzonym rygorze, w którym przebywa garstka skazanych. Są to mendy najgorszego rodzaju – gwałciciele, mordercy, pedofile. W ryzach trzyma ich nie naczelnik, ale czarnoskóry Dillon, który szerzy wśród więźniów wiarę. Religia pozwala im zapomnieć o pokusach i żądzach. Niestety, pojawienie się kobiety w ścianach kompleksu więzienno-przemysłowego, powoduje chaos, a samcze instynkty znów stają się priorytetem. Tyle, że to nie jest największy problem osadzonych. Wraz z Ripley na planetę przybył ktoś jeszcze. Ten pasażer na gapę dość szybko znalazł nowego żywiciela, a co za tym idzie przeobraził się w bardziej zabójczą istotę. Tak oto zaczyna się walka o życie.

„Alien 3” odstaje od dzieła Scotta i Camerona, ale trzyma swój równy poziom. Poza tym bije na głowę „Resurrection”, o którym będzie mowa jutro. Fincher zachował spójność dzieła i jego klimat. Genialnie połączył scenę pogrzebu i narodzin. Jedno życie się kończy, nowe powstaje, a wszystko w akompaniamencie słów Dillona. Jego głośnego kazania o śmierci i odkupieniu. Wtedy jeszcze nie wiedzą, że oni będą odkupiać swoje grzechy walcząc z demonem na najgłębszych czeluści piekła, a może powinienem powiedzieć kosmosu?

Po raz kolejny wersja reżyserska została podszlifowana, dodano kilka drobiazgów, wywalono kilka innych i dzięki temu otrzymujemy nowego-starego „Aliena”. Pomimo tego, że słabsza, to nadal wspaniała kolejna część kultowej serii. Polecam.