ON:

– Apone! Look… we can’t have any firing in there. I, uh… I want you to collect magazines from everybody.
– Is he fuckin’ crazy?
– What the hell are we supposed to use man? Harsh language?

„Aliens” potocznie zwany „Alien 2” lub „Obcy: Decydujące starcie”, jest pierwszym filmem z serii, który widziałem. Lata 80-te to czasy gdy VHS był luksusem na skalę posiadania własnego auta. Pod koniec ’89 roku moja przyszywana ciotka pracowała w firmie, w której w jednym z gabinetów było wideo. Niepisana umowa pozwalała jej robić nam weekendowe seanse filmowe. Pamiętam kasetę, na której znajdował się „Aliens” wiem, że po nim nagrane były jeszcze „Miliony Brewstera”, ale po „smakowitym” obcym nie potrafiły mnie wyrwać z letargu. Prawda jest taka, że mając 9 lat nie powinno się oglądać opowieści o bezokich potworach, bowiem przez kolejne trzy miesiące łaziłem w nocy do ubikacji przy zapalonym świetle. Moja dziecięca psychika została zorana, ale nie wyrosłem na oszołoma, świra, mordercę ani gwałciciela, a to chyba dobrze.

Minęły lata, dzieło Camerona widziałem niezliczoną ilość razy, za każdym razem jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Uważam, że film ten jest najlepszym z serii i przebija nawet „Alien” Scotta. Wszystko przez to, że z dusznych korytarzy ogromnego transportowca, przenieśliśmy się na tę małą asteroidę, którą Ripley odwiedziła 57 lat wcześniej. Dzięki stworzeniu świetnego uniwersum, reżyserzy i scenarzyści dostali taką gamę możliwości, że głowa mała. Niby mamy do czynienia ze sci-fi, ale jak sama Paula mówi: „to nie jest hard sci-fi”, którego ona by raczej nie łyknęła. Dzięki terraformacji pozbywamy się skafandrów, dziwnych laserowych pistolecików i wielu innych gadżetów, która są nieosiągalnymi zabawkami. Oddział marines wyposażony jest w karabiny M41A, strzelający bezłuskową amunicją, mają dwójkę operatorów smartgunów, ale i tak w ostatecznym rozrachunku walka toczy się na miotacze ognia i stare dobre strzelby półautomatyczne. Stacja Hadley’s Hope to kolonia mogąca równie dobrze znajdować się na księżycu lub nawet na Ziemi. Nowoczesne technologie, jakie serwują nam twórcy, są na tyle lekkie, że poradzi sobie z nimi każdy laik.

Ripley wraca do miejsca rozpoczęcia się opowieści, bowiem po raz kolejny Wayland-Yutani pokazuje jakimi chujkami potrafią być ludzie rządzący kosmiczną korporacją. Wszystko kręci się jak zwykle wokół kasy, ogromnej kasy, bo tej związanej ze zbrojeniami. Czy przypadkiem ksenomorfy nie mogą być dobrymi żołnierzami? Tyle, że człowiek nie ma zbyt wielkich szans z tą stworzoną przez naturę istotą. To maszyna idealna, mordercza w każdym calu i na każdym etapie jej ewolucji. Od facehuggera, przez dorosłego osobnika, a na królowej kończąc – mamy stwora, który działa trochę wg schematu roju. Poza tym jest to jednostka ucząca się i nie popełniająca ponownie tych samych błędów. Widać to bardzo dobrze podczas sceny z automatycznymi karabinami. Tezę tę potwierdzi także czwarta część „Aliena”, gdy zobaczymy jak stwory te zachowują się w warunkach laboratoryjnych.

Cameron rozprawia się także z demonami z przeszłości. Ripley dostaje nowego towarzysza podróży, jest to Bishop. Okazuje się, że będzie on odkupywał winy swojego poprzednika i trzeba przyznać, że osadzony w tej roli Lance Henriksen jest naprawdę fenomenalny. Wyzuty z uczuć, a jednocześnie cholernie ludzki. Poza tym film trzyma się schematu kina akcji i horroru, a robi to w najlepszym możliwym stylu. W trwającej ponad dwie godziny i trzydzieści minut wersji reżyserskiej mamy dłuższe wprowadzenie niż w edycji kinowej, poza tym pojawia się kilka brakujących wcześniej scen. Ta edycja jest pełna i nie brakuje jej niczego. Mamy zdjęcia z życia kolonii, mamy wracającą do zdrowia Ellen oraz wątek jej córki. Wszystko z poprawionym obrazem i dźwiękiem, przez co mający ponad 25 lat film wygląda lepiej niż niejedno współczesne dzieło.

Z ciekawostek dodam, że podany na początku wpisu cytat pojawia się w utworach muzycznych. Jednym z nich to Hole in the Sky (P1. 1: Fly / Pt. 2: Crawl to You) zespołu RPWL. W kawałku tym znajduje się także rozmowa Riplay z Newt.

„Aliens” rozwala kino sci-fi pod każdym względem, dlatego należy darzyć to dzieło należytym szacunkiem i wracać do niego przynajmniej raz w roku. Polecam!

ONA:

Wczoraj rozpływałam się w zachwytach nad pierwszą częścią przygód Ripley, ale nie jest ona moją ulubioną. O wiele bardziej kwiczę widząc kolejną odsłonę, tę z 1986 roku, co z kolei potwierdza teorię, że elementy, które wówczas przyszły na świat, są wyjątkowe i bez nich byłoby po prostu słabo. Ot taka ja!

 „Obcy – decydujące starcie” to film doskonały. Nie ma w nim ŻADNEGO elementu, do którego można się przyczepić. Rozmach, z jakim go stworzono, do dziś budzi zachwyt i respekt. Zmiana reżysera wyszła mu na dobre. James Cameron nie miał w 1986 roku (właściwie w 1985 – bowiem wtedy zaczęto zdjęcia) zbyt dużego dorobku reżyserskiego. Był 32 letnim żółtodziobem, z ogromną ambicją i „Terminatorem” oraz „Rambo II” na koncie. To, co odróżniało go od popularnych w tamtych czasach reżyserów, to wyobraźnia i wizjonerskość, którą skomasował w swoim kolejnym dziele. I wyszło mu genialnie. Ujęcia i kadry, które nam zaserwował, do dziś psują głowę. Jest majestatycznie, jest z rozmachem i nie zależnie który raz oglądasz tę produkcję, w pewnych chwilach po prostu otwierasz usta, pod naporem wrażeń… Ale po kolei…

Kopuła, w której znajdowała się Ellen Ripley dryfowała sobie spokojnie po bezkresie przestrzeni kosmicznej przez wiele lat. Właściwie, przez 57 lat, po czym została przechwycona przez statek i dostarczona na stację orbitalną. Na miejscu Ripley zostaje dokładnie przesłuchana – co się właściwie stało, że praktycznie cała załoga w tak krótkim czasie została zabita. I gdy pada odpowiedź – nikt kobiecie nie wierzy. Kpią z niej… I wtedy okazuje się, że na księżycu, na którym znaleziono ślady po Obcym, właśnie stacjonuje jakaś ludzka kolonia. Gdy urywa się łączność, słowa oficer Ripley zdają się nagle nabrać większego sensu. Na miejsce zostaje oddelegowana Kolonijna Piechota Morska, która wraz z naszą główną bohaterką ma zbadać tamto miejsce. Gdy ekipa dociera na księżyc znajdują: małą, przestraszoną dziewczynkę o imieniu Newt, dwa facehuggery, które utrzymywane są przy życiu oraz resztę kolonistów… Ciiii… ani słowa więcej!

 Od czego by tu zacząć… Może od tego, że Sigourney Weaver jest w tej części jeszcze lepsza, niż w poprzedniej? Rola aseksualnej żołnierki świetnie do niej pasuje. To kobieta bardzo twarda, wręcz ze skały, którą rozbić może jedynie mała dziewczynka. Jest mądra, ma intuicję, szósty zmysł przetrwania i świetnie dowodzi zespołem. Jej instynkt samozachowawczy jest zupełnie inny, niż u współczesnych bab z tego typu produkcji, które same wchodzą w paszcze „zła” i potem są wielce zdziwione, że właśnie zostały pożarte/zabite. Ripley jest inna. Jest zadziorna, a jej wkurw miesza się z przerażeniem, ale to wszystko jest autentyczne. Podobnie zresztą jest z resztą ekipy wojaków, z którymi przyjdzie jej stoczyć tę bitwę. Hicks (Michael Biehn) jest konkretnym dowódcom, Hudson (Bill Paxton) jest przeuroczy, a Vasquez (Jenette Goldstein) ma jaja jak arbuzy. Dodajmy do tego kolejnego robocika – Bishopa (Lence Henriksen), do którego Ripley miała ogromny dystans (wiemy jakie były jej relacje z androidem z poprzedniej części) i Burke (Paul Reiser), korpo-człowiek, który z każdą kolejną minutą filmu ukazuje swoje prawdziwe zapędy i cele… Niezły miks, aż szkoda było patrzeć na niektóre filmowe zgony. Jaka jest ekipa piechoty? Są odważni, niepoprawni i cholernie skuteczni. Ale ten wróg jest inny. Tyle, jeśli chodzi o warstwę aktorską. Nie jest nie wiadomo jak wysoki i zachwycający poziom, bo gdybyśmy chcieli spełnić te warunki, w tym filmie musiałaby grać Janda i Gajos, ale bohaterowie są charakterni i zapamiętujemy ich. Warstwa techniczna to majstersztyk. Film jest idealnie zmiksowanym sci-fi, sensacją, trochę thrillerem i horrorem, a trochę filmem naukowym. Wszystko to trzyma się kupy, ma sens i skupia uwagę widza. Nie ma w tym filmie rażących błędów i niedoróbek. Nie ma sylikonowych bebechów, a wszystko co ma mlaskać i być obrzydliwe – mlaska i jest obrzydliwe! Podczas kręcenia stosowano mnóstwo tricków, by zaskoczyć widza, nieco go oszukać i pomóc mu zbudować ogromne wrażenie. I wiecie co? Ten film ma 27 lat (boziu, ja też!!!) i nie postarzał się wcale (to nas różni, niestety). Montaż – mega. Muzyka – świetnie dopełnia. Kadry Camerona przeszły do historii… Ten film jest krokiem milowym w kinematografii. Mogłabym oglądać go raz w tygodniu i wcale by mi się nie znudził. Z wszystkich części przygód Ripley ta ma największy sens, jest najbardziej spektakularnie stworzona i po prostu zachwyca – pod każdym względem.