ON:

Niestety jestem achievementową (tutaj wstaw brzydki wyraz) i dla gamescore potocznie zwanego GS-em jestem w stanie zrobić wiele, dla kolejnego calaka przebrnę przez najgorsze piekło słabej gry na XBOX360 lub PC (jeśli tylko ma GFWL). Wiadomo, aczki zobowiązują.

Tak się jakoś przytrafiło, że na mojej półce czekała na mnie ostatnia, piąta już odsłona gry z serii Alone in the Dark. Zniechęcony recenzjami oraz próbą przejścia tej gry na PC kilka lat temu, zabierałem się do zrobienia tego calaka jak pies do jeża. W końcu udało się, włożyłem płytę do czytnika i zacząłem raz jeszcze historię Edwarda Carnby, historię nie tyle co nudną, co zupełnie nie porywającą. Dlaczego? Bo…

… budzimy się na łóżku w jakimś pokoju obraz jest zamazany, a my tylko słyszymy rozmowę dwóch panów, którzy nie mają raczej pokojowych zamiarów. Od tego momentu zaczyna się też mini samouczek, który zapozna nas ze sterowaniem zaimplementowanym w grze. I tutaj mamy do czynienia z pierwszą bolączką gry. Panowie ze studia Eden Games, którzy odpowiedzialni byli do tej pory za gry samochodowe, w tym za świetne TDU (Test Drive Unlimited) stanęli przed wyzwaniem, z którym nie do końca sobie poradzili. Po pierwsze, grę możemy oglądać z perspektywy pierwszej i trzeciej osoby, co powinno dawać możliwość gry na dwa sposoby. Nic bardziej mylnego, każdorazowe podniesienie przedmiotu przełącza automatycznie tryb z pierwszej na trzecią osobę. Bronią obuchową/sieczną czy inną, którą będziemy eliminować potwory możemy walczyć tylko w trybie trzecioosobowym, zaś broń palna w tymże jest po prostu nieużywalna i dopiero przełączenie się na widok pierwszoosobowy daje nam możliwość sensownego celowania. Dodajmy do tego, że bronią musimy sami machać, to znaczy za pomocą prawej gałki robimy zamachy i wymachy, a przy okazji modlimy się aby dobrze trafiać w otaczające nas stwory, które praktycznie są niezniszczalne. Dlaczego? A to dlatego, iż każdego, którego powalimy musimy jeszcze spalić. Do tego celu możemy użyć kija od szczotki, który po wsadzeniu do ogniska rozbłyśnie jasnym płomieniem, przy pomocy kombinacji dezodorantu i zapalniczki, czy butelki z alkoholem i strzału z pistoletu – ta kombinacja powoduje wybuch. Ok, zakładam, że przebrnęliście przez samouczek i udało się wam pokonać pierwszego stwora (w tym momencie wymiękłem cztery lata temu, starając się przejść tą grę na PC). Pamiętam jak wymawiałem wielokrotnie, a właściwie wykrzykiwałem nazwę najstarszego zawodu świata i ginąłem kolejny raz. Teraz było inaczej, na padzie gra się łatwiej, co nie znaczy, że dużo łatwiej. Sterowanie nadal jest „zjerdolone”, jak mawia Piotr ‘Makak’ Szarłacki. Staram się iść dalej, bo po pierwsze dowiedziałem się już małe co nieco na temat tych złych oraz tego, że patrząc na swój ryj odbity w lustrze nadal nie wiem kim jestem i co ja do cholery robię w środku jakiejś apokalipsy. Dlaczego piszę ryj? Bo grafika jest kolejną złą stroną tej gry. Wiem to był 2008 rok, gry wyglądały inaczej i dlatego nie będę się pastwił. Jest brzydko, szaro i smutno, poza tym częste głupie kolizje pomiędzy przedmiotami i doprowadzające do frustracji przeszkody (np. krawężniki, z którymi bardzo ciężko radzi sobie nasz samochód), dodam do tego śmieszną fizykę, która miała nam pozwolić np. przesuwać nieprzytomne bestie aby wrzucać je w ogień w celu ostatecznej eliminacji (udało mi się zrobić to raz podczas całej gry), bo po prostu wcześniej zginiemy z 5 razy, zanim stwora gdziekolwiek zaciągniemy. Gra ma też fabułę, która stara się nas sobą zainteresować od samego początku, ale powiedzmy sobie szczerze, to nic odkrywczego, zaczynamy od dziur w pamięci i facetów, którzy chcą nas zabić, aby przebrnąć poprzez potwory z piekła rodem, które włóczą się po Central Parku a na końcu jest jeszcze ostateczna konfrontacja. Nic czego nie widzieliśmy wcześniej.

Dobra koniec pastwienia. Gra ma kilka małych, ale zawsze plusów. Po pierwsze system noszenia ekwipunku jest bardzo fajnie przedstawiony. Po naciśnięciu odpowiedniego przycisku nasz bohater opuszcza wzrok w dół odchyla koły kurtki i tam w wewnętrznych kieszeniach przetrzymuje swój ekwipunek. Dzięki temu musimy często zastanawiać się czy wywalić bandaże, a wsadzić w zamian paczkę naboi, czy może zamiast butelki z benzyną, zabrać spray medyczny. Pomysłowe i całkiem fajnie się sprawdza. Kolejna sprawa to system narracji. Gra podzielona jest na 8 epizodów, które możemy rozgrywać w dowolnej kolejności (np. opuszczając etap, z którym nie możemy sobie poradzić), a w przypadku powrotu do gry mamy małe przypomnienie co się działo do tej pory. Grający w Alana Wake na pewno będą wiedzieli o czym mówię. I ostatni największy plus to ścieżka dźwiękowa, która skomponowana została przez Oliviera Deriviere’a, a wykonana została przez Choir The Mystery of Bulgarian Voices. Kompozycja ta jest mroczna i majestatyczna, a każdy kolejny utwór powoduje iż coraz większe ciarki przechodzą po plecach. Gdyby gra była lepiej zrobiona i bardziej przemyślana, to wraz ze ścieżką dźwiękową stanowiła by idealną zamkniętą całość. A tak mamy dochodzi do sytuacji, że nastrój grozy budowany przez muzykę, zdycha zabijany przez słabą grę.

Reasumując. Całkiem dobry potencjał gry został zabity przez wszystkie opisane powyżej błędy, którymi obarczyło swoje dziecko studio Eden Games. Panowie powinni siedzieć nadal przy grach samochodowych, swoją drogą chyba nauczyli się na własnym błędzie i kolejna gra, którą nam zaserwowali to Test Drive Unlimited 2 – czyli dobra samochdówka.

Jeśli zbierasz achievementy, warto zagrać dla prostego i szybkiego calaka. Zrobienie go to około 6h. Jeśli masz zamiar odpalić tą grę na PC – lepiej odpal Residenta.