ONA:

Wbiłam kij w mrowisko, jeżdżąc po „Bitwie warszawskiej” i całej polskiej kinematografii. Znajoma wtedy zapytała mnie o „Salę samobójców”. Cóż. Dla mnie to w dalszym stopniu kolejny kiepski polski film. Dobra, konwencja jak na polskie kino jest inna, ale na Teutatesa, takie filmy robią od wielu lat! Pewnie nawet w Indiach.

Mega potencjał? Mega spieprzony potencjał.

Film jest okropnie niespójny. Ma bardzo fajne momenty, ale w większości przypadków jest słaby. Przeliteruję: S-Ł-A-B-Y! Jest nakręcony jak reklama coli albo czipsów. Uderza w nastolatkowy target lepiej niż adaptacje kinowe lektur. Emo chłopczyk, mający wszystko, mogący wszystko, z nudów wmawia sobie dupresję. Do tego mocno inspiruje go koleżanka z internetu, która przepraszam, ale ma nasrane w głowie. Jednak Dominikowi to imponuje. Dodajmy do tego rodziców, którzy stwierdzili, że dając dzieciakowi wszystkie gadżety świata, poza zainteresowaniem i miłością, zrobią mu wielką przysługę i nauczą go życia.

Dominik jest irytujący. Rodzice są irytujący. Sylwia, świrka z netu, jest pojebana. Teksty są totalną grafomanią, scenariusz był pisany na ostrej fazie albo w solidnym dołku (skoki hormonalne?). Kamera jest prowadzona bardzo fajnie, ale wstawki komputerowe są żałosne. Końcówka zaskakuje. Kulesza zaskakuje. Tyle.

Największym problemem tego filmu, jest totalne przerysowanie bohaterów, ich rozterek życiowych, ich dramatów i problemów. Każdy z bohaterów jest zły, a to widza męczy, bo nie może skupić się tylko na złych wartościach. Irytują, bo mają wszystko. Irytują, bo w dupach się im przewraca z dobrobytu. Irytują, bo szukają dziury w całym i wyolbrzymiają swoje wyimaginowane problemy.

Niemniej, podobnie jak i „Galerianki”, film porusza dość ważny socjologiczny problem, a mianowicie problemy dzieciaków. A ja z doświadczenia pedagoga wiem, że wystarczy rozmowa i odrobina zaangażowania.

„Sala samobójców” to komedia typu „pseudo-dramat”, która drażni. Ja jestem na nie.

ON:

Mimo  38 stopni gorączki, stwierdziłem, że dam się namówić na obejrzenie „Sali samobójców”, polskiego kina, które przecież tak dobrze było oceniane. No przecież nie ma tak, że w naszym kraju są tylko słabe filmy. Zarzucono mi już kiedyś, że nie jestem obiektywny, że inaczej powinienem mówić o polskim kinie i muzyce,  inaczej je oceniać. Ba, kilka lat temu się nawróciłem i prawdą jest, że mamy kilka naprawdę, naprawdę genialnych artystów, będących towarem eksportowym. Mieliśmy Ciechowskiego, który muzycznie przegonił wielu, teraz mamy Tides From Nebula, których produkuje Prisner. A takich zespołów jest w naszym kraju wiele. A co z kinem? Z kinem nadal lipa. Było kino historyczne, to teraz mamy współczesny dramat.

Dominik – emo, smutny chłopak (podobny do L z Deathnote – wpiszcie to w google, a sami zobaczycie), zamknięty w sobie, dobry uczeń i syn dwójki ogromnie zapracowanych ludzi. Jego ojciec polityk, matka prowadzi własną firmę, która tworzy międzynarodowe projekty. Dla obojga własna kariera jest najważniejsza. Syn dla nich pojawia się wtedy, gdy zaczynają się problemy. Ale o tym później. Dominik przez to, że rodzice chyba chcą mu wynagrodzić ich brak, ma pod nos podstawione dosłownie wszystko. Prywatny szofer, drogie  liceum, zajęcia karate i wiele innych zbędnych rzeczy. Zapomniałem dodać, że chłopak ma też problemy ze swoją seksualnością i chyba woli chłopców, co widać w momencie niekontrolowanego wytrysku podczas zajęć karate, kiedy jego kolega ociera się o krocze Dominika. Po tym zdarzeniu chłopak staje się pośmiewiskiem w szkole, co powoduje jeszcze większą alienację. A tu 100 dni do matury. Co dalej, co dalej?

Nasz ukochany bohater przez przypadek na YouTube ogląda filmik następnej emo gówniary, która tnie się żyletkami, bo w ten sposób zabija ból swojej egzystencji. Chłopak komentuje film użytkowniczki, mega mądrą sentencją z podręcznika dla młodego emo-buntownika i w ten sposób nawiązuje z nią relacje. Dzięki Sylvi, bo tak ma na imię dziewczyna, dołącza do wirtualnego świata, zwanego „Salą samobójców” W tym miejscu, wirtualnie żyje jeszcze kilka osób, które za avatarami skrywają swoje oblicze. Okazuje się, że dziewczyna po drugiej stronie ekranu ma różowe włosy, od trzech lat nie opuszcza swojego pokoju i żyje wirtualnym światem, bo realnego życia obawia się tak bardzo, że jej głównym pragnieniem jest bezbolesna śmierć po połknięciu tabletek i przepiciu ich dużą ilością alkoholu. Różowowłosa ma w tym filmie szereg tak głupich monologów, że można by na ich podstawie napisać ładną książkę pt. „Jak być emo  i znienawidzić cały świat a na koniec doprowadzić do autodestrukcji.”

Perełki jej monologów to:

Ocean nic nie musi.

Moi przyjaciele to żyletki, mają ostre języki.

Sylvia, manipuluje społecznością ludzi w jej wirtualnym świecie. Problemem jest to, że osiemnastoletni chłopak, łyka te jej bzdury, jak pelikan rybkę. Może było by to możliwe gdyby była ona intelektualnym guru z iq 200, ale reżyser przedstawia ją jako skretyniałą nastolatkę, która po prostu nie potrafi sobie poradzić z życiem i codziennością. Przez te rozmowy, przez świat wirtualny Dominik zawala mature, zamyka się w pokoju i stara się pociąć swoim lustrem. Wtedy też do akcji wchodzą rodzice, starają się coś zrobić. Tyle, że ojciec obawia się, iż zachowanie syna uniemożliwi mu karierę polityczną, matka zaś jest furiatką, która w najmniej odpowiednich momentach wyrzuca z siebie potoki obraźliwych słów, jakby to takie zachowanie miało ją uchronić przed nadchodzącymi bolączkami.

Cały film opowiada o tym jakie zagrożenie niesie za sobą współczesna technologia, a dokładnie internet. To pokazanie, że Second Life to nie jest nasz drugi dom mimo, że w takich miejscach szukamy zrozumienia i akceptacji. To film o uzależnieniu i o tym, jaki wpływ mogą mieć na nas osoby z zewnątrz.

Niestety reżyser Jan Komasa, bardzo się minął z realiami, a jego scenariusz ma dziury jak uzębienie starej afrykańskiej szamanki. Nie potrafię pojąć jak Sylvia z iq bakłażana była w stanie opętać Dominika jak i resztę userów sali. Biorąc pod uwagę, że gadała psełdofilozoficzne frazesy, a sensu w nich było jak na lekarstwo, to naprawdę ciężko mi to pojąć. Sam wirtualny świat jest przedstawiony ładnie, ale jest to tylko urozmaicenie obrazu i zastąpienie zwykłego Second Life jakimś jego odpowiednikiem, stworzonym na potrzeby filmu. Szkoda, że sposób w jaki przeprowadzane są interakcje w społeczności jest także przerysowany, takie możliwości, to daleka przyszłość.

Podsumowując. Sala samobójców to kino słabe. Nie jest niczym wyjątkowym ani odkrywczym. Problemy nastolatków przerabiano już wiele razy, uzależnienia od internetu też. Wszystko tutaj jest przedstawione jest na wyrost. Dominikowi od razu trzeba było skrócić smycz i rozwiązało by to wiele problemów, jednocześnie film nie trwał by 2 godziny tylko 50 minut.

Jak dla mnie film na nie.