ONA:

Dawid do tej pory nie widział Króla Lwa. Rozważałam rzucenie go, razem z jego empikiem, ale bez oporów zgodził się nadrobić tę baję. Czy jest ktoś poza nim, kto nie widział tej klasycznej klasyki?! Jak tak, proszę wyjść!

Piękna bajka z 1994 roku. Nigdy nie zapomnę tych chwil, kiedy po raz pierwszy siedziałam z mamą w kinie, właśnie na tym filmie. Płakałyśmy totalnie, nos wycierałyśmy do wszystkiego, do czego tylko się dało.

Mamy tu ciekawą historię o życiu. Mamy narodziny, mamy wychowywanie. Jest też i śmierć i przemijanie. Jest też morderstwo i walka o władzę. Jest przyjaźń ponad wszystko i mimo wszystko. A to wszystko zanurzone w genialnej muzyce Hansa Zimmera.

Sarabi i Mufasa mają syna, Simbę. Maluch jest solidnym łobuziakiem i trochę takim bananowym dzieckiem, które w końcu jest następcą lwiego tronu. Simba ma przyjaciółkę, młodą lwiczkę, Nalę. Cała królewska rodzina może liczyć na pomoc Zazu, majordomusa z angielskimi manierami. Natomiast zdecydowanie nie mogą liczyć na Skazę (brata Mufasy) i jego bandę hien. Hieny swoją drogą, a szczególnie Ed, są wredne, głupie, ale mega sympatyczne i dowcipne. Jak łatwo się domyśleć można, Skaza nie do końca jest zadowolony z tego, że rządzi Mufasa, rządzić będzie Simba, a on zostanie co najwyżej „szarym perskim”. I knuje. A jego knucie kończy się niebywałą tragedią. Ja do dziś, oglądając „Króla Lwa” wychodzę podczas sceny w wąwozie. Mufasa ginie, a Simba, oskarżony przez Skazę, ucieka. I na tym wygnaniu poznaje Timona i Pumbę. I zaczyna się hakuna matata!

Kocham tą bajkę, poważnie. Jest kapitalna. To pozycja, którą rodzice będą przez wiele, wiele lat pokazywać swoim dzieciakom, bo ona pokazuje życie. W każdym jego kolorze.

ON:

Król Lew to dla mnie muzyka Zimmera i świetny kawałek Eltona Johna, to także genialna platformówka od Disneya z 1994r. Wiem, że w filmie był jeszcze Timon i Pumba, no i hieny i zły Skaza. Wiem  też, że polski dubbing nie urzekł mnie tak, jak innych. To były jednak inne lata, dopiero raczkowaliśmy w tych kwestiach i niestety widać braki. Może się czepiam, ale tak to wygląda. Jak Król Lew pojawił się w kinach miałem 14 lat, swojego pierwszego PC i zagrywałem się w Lands od Lore. Lew nie był już dla mnie interesującą bajką, wolałem Akirę. Tak więc moja młodość minęła bez tej bajki Disneya. Co straciłem?

Historia o małym Simbie i jego Ojcu, królu lwie, którego rządy przyniosły wszystkim zwierzętom na sawannie lata syte i szczęśliwe. To historia o dorastaniu zdradzie, przyjaźni i miłości, to historia o prawdziwym życiu, opowiedziana w sposób w jaki tylko studio Disneya potrafi opowiadać. Wszystko to zostało ręcznie narysowane, ze ślicznymi animacjami postaci. Tak więc miałem zobaczyć tą baję kilkanaście lat później, w ramach wspólnego seansu z moją Papi. Nie uważam, że straciłem ten czas, bo miałem okazje obejrzeć piękną historię, która potrafi złapać za serce, ale niestety przez to, iż mam już swoje lata, podchodzę do tej bajki inaczej niż podszedłbym naście lat wcześniej. Dziś Król Lew przegra u mnie z „Jak ukraść księżyc”, „Iniemamocnymi” czy „Kung-Fu Pandą”. Dlaczego? Bo Królowi brak tych scenek zrobionych pod dorosłych widzów, tych scenek, które pojawiają się we współczesnych bajkach po to, aby także rodzice, którzy pójdą do kina mogli się pośmiać. Nie oznacza to, że to jest zła bajka. Nie, ona jest cudowna tylko trzeba ją zobaczyć w odpowiednich latach swojego życia. Najlepiej by było, aby były to lata dziecięce.

Jak dla mnie zdecydowanie na tak i na dodatek warto mieć tą bajkę w swojej domowej wideotece.