Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

GRY

Battleship (XBOX360)

ON:

Co otrzymamy, jeśli stworzymy grę na podstawie filmu, który został zrobiony na podstawie filmu? Produkt co najwyżej przeciętny. Los tatki spotkał dziesiątki gier i nie ominął także Battleship, dzieła Double Helix, wydanego przez Activision. Jest jednak małe ale…

Zacznijmy od tego, że Battleship jest grą na podstawie filmu pod tym samym tytułem, bazującego na licencji Hasbro. Dzieło to pojawiło się w kinach w zeszłe wakacje i Marudy musiały go zobaczyć, co zakończyło się recenzją. Jeśli ktoś nie pamięta, to zagrała w nim pani śpiewająca piosenkę o„parasolce, olce, olce”.

Wiadomo, że na podstawie takich filmów bardzo szybko powstają gry, które nie urywają dupy. Tutaj było podobnie. Nie był to tytuł, który musiałem mieć na D1. Szczególnie, że 200zł za premierowe wydanie, to było stanowczo za dużo. Minęło trochę czasu i okazało się, że wspomniane „statki” można kupić na wyprzedaży za około 30-40zł – zależnie od sklepu. Okej oczy mi się zaświeciły. 30 pieniążków za 1000GS – biorę!

Przygodę rozpoczniemy i zakończymy na Hawajach. Wcielamy się w żołnierza marines, niejakiego Cole’a Mathisa. Pierwsza misja pokaże nam z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Gdyby był to zwykły FPS, to pewnie nawet nie napisałbym o nim ani jednego dobrego słowa, ale twórcy przecież musieli przemycić do zwykłej strzelaniki grę w statki. Uwaga! Info dla młodszych czytelników. Wiele lat temu, kiedy nie było komórek, to na lekcjach grało się w „statki” – wystarczył kawałek kartki w kratkę i długopis. Spróbujcie, zabawa przednia.

Wracając do samej rozgrywki. Biegamy sobie Colem z punktu A do punktu B i wykonujemy zadania, po drodze zaś wykańczamy hordy kosmitów, którzy chcą zagarnąć naszą mateczkę Ziemię. Siedem misji wygląda praktycznie tak samo. Pobiegnij kawałek, wysadź w powietrze przekaźnik, zastrzel kilku obcych. Siedem misji, każda trwa około godzinki. Koniec. Dobra, to gdzie te stateczki? Na samym początku dostajemy coś w rodzaju datapad-a. Po wciśnięciu LB otwiera się mapa taktyczna, na której pokazane są okręty nasze i nieprzyjaciela. Przeważnie jest tak, że musimy opanować jedną czy dwie pozycje na mapie taktycznej, przy okazji zniszczyć kilka okrętów przeciwnika i jednocześnie przeprowadzać akcję na ziemi, gdzie wysadzamy w powietrze działa lub inne cele. Statki, jakie dano dam do dyspozycji, można ulepszać o odpowiednie powerupy. Znajdziemy je na wyspach. Wypadają one losowo z zabitych przez naszego marines przeciwników. Brzmi może troszkę skomplikowanie, ale uwierzcie mi wcale tak nie jest.

Graficznie jest bardzo przeciętnie, ale na grafikę przestałem patrzeć, gdy miałem naście lat i grałem w Dizzy. Da się grać, oczy nie bolą i zębami nie będziemy zgrzytać. Boli natomiast bardzo maleńka ilość przeciwników oraz uzbrojenia. Cztery rodzaje obcych i pięć rodzajów broni (plus granaty) to stanowczo za mało, aby urozmaicić rozgrywkę. Oprawa dźwiękowa także jest taka sobie. Nie ma nic, co by urwało tyłek.

Battleship jest gra z dolnej półki i nigdy nie była warta 200zł. Jednak gdy kupimy ją za 30 zeta i zobaczymy, że mamy 1000GS w 7 godzin, to zupełnie inna śpiewka. No powiedzcie jak nie wrzucić takiego cuda do koszyka? Zagrać, skończyć i zapomnieć.