Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Battleship

ONA:

Klasyczne amerykańskie, bohaterskie kino akcji. Na własne życzenie sprowadzamy na Ziemię alienów, którzy – o łał – nie lubią nas bardzo. Mamy też prawdziwego Rude Boya, który nie ma za bardzo zasad, dysponuje za to niezłym charakterkiem, dzięki któremu pakuje się w bardzo ciekawe kłopoty. No ale czego nie robi się dla kobiety! Generalnie przekaz związkowy w tym filmie jest taki: ‘Babki lecą na kurczakowe burrito’. Ale do rzeczy!

Kilka lat później. Hawaje, piękna pogoda i manewry marynarki wojennej. Wtem coś dziwnego pojawia się na oceanie i nasz Rude Boy wraz z Rihanną stwierdzają, że sprawdzą co to za kupa żelastwa. I to był błąd. Ufoki robią solidne pole ochronne nad swoimi gadżetami, niestety, razem z Rude Boyem, Rihanną i jeszcze 3 statkami. Jak można się domyśleć, zaraz zacznie się bitwa o Ziemię.

Co odróżnia ten film od innych tego typu amerykańskich produkcji?

– nie było przemówienia prezydenta

– film jest stworzony na podstawie gry

– jednym z bohaterów był murzyn bez nóg.

Wnioski:

– moda na transfomersowe formy obcych – trwa

– fajnie, że w roli głównej nie obsadzili jakiegoś kolesia z pierwszych stron gazet, tylko świeżynkę

– Rihanna jest aktorką typu Edyta Pazura, a twórcy mogli wykorzystać jej skill śpiewjący do zabijania ufoków

– Liam Neeson bierze wszystko w czym tylko może grać. Plotka mówi, że zainspirowali go Szyc i Karolak

– muzyka była kapitalna – AC/DC ponad wszystko!

– fajnie było zobaczyć wielki, stary pancernik, wchodzący ‘bokiem’, jakby był małą wyścigówką.

To nie jest kino wybitne. To nie jest kino głębokie. Nie ma w nim homoseksualistów, kobiet typu Monica Bellucci, cierpienia z powodu ciężkiego dzieciństwa w szkole przyklasztornej i widoku na Florencję. Jest za to solidna dawka efektów specjalnych, lekka fabuła i happy end, bo wiadomo, Ameryka zawsze wygrywa. Dobra pozycja na odmóżdżenie.

ON:

Hasbro dało nam Familly Game Night na konsolę, kilka gier na PC, Transformersy w kinach i w TV, a teraz Battleship – czyli ekranizację gry w statki. Po prostu wow!! Kumpel powiedział: „Nie idę na to do kina, bo pewnie będzie” battleshit.” Okazuje się, że nie jest tak źle, jak by się wydawało, ba jest nawet całkiem dobrze. W skrócie jacyś debile stwierdzają, że X-lat świetlnych od naszej matuli Ziemi jest planeta bliźniaczo do niej podobna, więc na wszelki wypadek wyślijmy w jej kierunku sygnał, a nóż widelec coś się stanie. No i stało się, 5 statków kosmicznych (będących przy okazji statkami wodnymi) przylatuje w pokoju na Ziemię. Dobra z tym pokojem przesadziłem, jest to recon. I tylko pech chce, że nie od razu łączą się ze swoją planetą, co daje Ziemniakom około 2 dni na wysłanie wroga do krainy wiecznych łowów. W obronie świata walczą amerykanie (ba, a co, przeważnie UFO-ki wpadają na pomysł ataku na USA) wiadomo mała niezdyscyplinowana armia, zero wsparcia technicznego itd. Wraz z marynarzami wujka Sama do boju stanie Japończyk, chyba Żyd, Murzyn bez nóg i mająca łącznie ze 450 lat ekipa starych weteranów marynarki wojennej. A, no i zapomniałem o bohaterskiej blondi. Tak czy inaczej główną postacią jest „On, ten niepokorny”, który podczas walki na morzu z zastępami kosmitów uczy się współpracy, życia i tępienia swego ego. Ten filmowy garnitur jest całkiem dobrze skrojony i mimo, że targetem są nastolatkowie, to i stary koń spokojnie bez nudy film oglądnie. Mimo, że film jest bardzo przewidywalny. W całym obrazie podobało mi się to, że nie silono się na wydziwianie co do postaci obcych. Przez to, że planeta, z której pochodzą jest podobna do ziemi, są humanoidami. Dodatkowo ktoś w sieci napisał, że ich pancerze są podobne do kombinezonów z Halo. Nie zgodzę się z tym, moim zdaniem bardziej do pancerzy z gry Haze, ale to są drobiazgi. Na zdrowie Battleshipowi wyszło także, to że nie grają w nim znane postacie kina. No dobra jest Liam i Rihanna. Z czego postacią kinową jest Liam (i ma w tym filmie rolę drugoplanową), a pani parasolka… olka… olka to jednak gwiazdą nie jest.

Tak czy inaczej kino lekkie, łatwe i odmóżdżające. A czasami takiego nam trzeba.