ONA:
Nie potrafiłam uwierzyć mojemu przyjacielowi, kiedy powiedział, że widział daremną komedię ze stajni Adama Sandlera. Przecież to nie jest możliwe! Przecież Sandler jest jedyną ostoją cynicznego, lekko sarkastycznego humoru, w który można wpleść jakieś wartości! Nie uwierzę, póki nie zobaczę! I co?
Zobaczyłam, uwierzyłam. „Rodzinne rewolucje” to nie jest zły film, ale zawodzi. I to mocno.
Duet Barrymore i Sandler pojawił się już w kilku filmach. Nie tak dawno przecież pisaliśmy o „50 pierwszych randkach”. Cóż, widocznie im razem dobrze się pracuje. Ale nie jestem fanką ich razem, bo Drew na tle Adama wypada po prostu nędznie. I w filmie o „patchworkowej” rodzince też Sandler ciągnie za sobą całą produkcję, włączając w to coraz dziwniej grającą Barrymore i 5 dzieciaków. Wszystko zaczyna się od niezbyt udanej randki w ciemno. Jim i Lauren, bo tak nazywają się nasi bohaterowie, bardzo błędnie odczytali siebie nawzajem i po spotkaniu, które swoją drogą było autentycznie tragikomiczne, rozchodzą się z ogromną irytacją każdy w swoją stronę. Jim po śmierci żony samotnie wychowuje swoje trzy córki: nastolatkę, która wygląda jak średniej urody chłopak i która właśnie mieć okres, średnią – która nadal nie pogodziła się z utratą mamy i zrobiła sobie z niej wyimaginowaną koleżankę, no i najmłodsza – całkiem urocza. Jim w tym babińcu odnajduje się na tyle, na ile może. Jest dobrym tatą, ale w tym domu naprawdę brakuje kobiety. Laurem z kolei jest maszyną – ma swój własny biznes (zajmuje się organizacją życia i domu), ma też dwóch synów. Małżonek się niestety gdzieś zawieruszył, więc od rozwodu jest tatą „dochodzącym”. Tak, łatwo się można domyślić, że dorastającym chłopcom męski wzorzec mocno by się przydał. Starszy syn właśnie zaczyna „czerpać przyjemność z autoerotyzmu”, a młodszy desperacko potrzebuje ritalinu. I oczywiście na skutek różnych dziwnych okoliczności – poważnie, poziom twórczości scenarzystów czasami miażdży mi głowę – obie rodziny lądują na tych samych wakacjach, w tym samym miejscu, hotelu, pokoju. Uwaga – teraz Was zaskoczę! Mimo początkowej wielkiej niechęci, obie rodziny zacieśniają więzy, córki Jima zaczynają lubić Lauren, a synowie Lauren – Jima. Oni sami zresztą jakoś bardziej przychylnie na siebie patrzą podczas tych wspólnych wojaży po Afryce… Zaskoczeni jesteście, prawda? Ja też, totalnie!
Najbardziej zaskoczona jestem tym, że ten film jest po prostu słaby. Elementów komediowych jest naprawdę niewiele i trochę one przypominają mi mechanizm „straszenia” w słabych horrorach. To odruch. Odruch i tyle. Zawsze, jak ktoś nas przestraszy – podskoczymy, a serce zacznie bić szybciej. I zawsze, jak jest jakaś durna scena, prawie komediowa, podniesie nam się leniwie kącik ust. Tym razem jest bardzo poprawnie, bardzo grzecznie, nudno jak cholera i przewidywalnie do bólu. Obejrzałam, więcej tego nie mam zamiaru zrobić. Ciągle mam nadzieję, że Sandler wróci do mocnych komedii, bo to jego brnięcie w kino parentingowe zupełnie do mnie nie dociera.
ON:
Filmy z Sandlerem dzielą się na te, przy produkcji/reżyserii których maczał on swoje palce i na te, w których tylko grał. Te pierwsze są przeważnie chamskimi komediami, pełnymi pierdzenia, napierdzielania się z wszystkiego i wszystkich, a te drugie po prostu są. Gdy usłyszałem ostatnio opinię, że najnowszy film z tym aktorem jest nieoglądalny – nie chciało mi się wierzyć. Teraz mogę to tylko potwierdzić.
„Rodzinne rewolucje”, bo o tym filmie mowa jest oklepany i przewidywalny aż do bólu. To amerykańskie kino rodzinne, które z komedią dla dorosłego widza nie ma za wiele wspólnego. Jest to dzieło skierowane dla rodziców, których bawić będą gagi związane z wychowaniem dzieci, dorastaniem pociech i ze stosunkami damsko-męskimi. Na dodatek całą opowieść przeniesiono do Afryki, gdzie gorący klimat ma podgrzać atmosferę. Czy tak się dzieje? Szczerze wątpię.
Samotny ojciec trójki dziewczynek – Jim (Sandler), spotyka się na randce w ciemno z matką, wychowującą dwójkę chłopców – Lauren (Barrymore). Ich wspólna kolacja to niewypał jakich mało. Po takim spotkaniu raczej nie zapowiada się, że kiedyś znów wyjdą razem na miasto. Niestety, los jest złośliwy i randkowicze muszą ponownie się spotkać. Tak wychodzą na jaw informacje na temat ich życia, których jakoś nie udało się obgadać podczas kolacji niewypału. Niestety, niewiele to zmienia i wspólna niechęć nadal pozostaje. Chociaż wydaje się, że jest trochę mniej oschle. Pewnego dnia okazuje się, że obie rodziny wpadły na ten sam pomysł i postanowiły ruszyć tyłek do Afryki, do wypasionego ośrodka wypoczynkowego. Zaczyna się więc pasmo pomyłek i wycieczek osobistych.
Po Sandlerze spodziewałem się więcej, spodziewałem dzieła śmiesznego, a tutaj jest zupełnie inaczej. Śmieszne sceny policzyć można na palcach jednej ręki, a to jak na komedię stanowczo za mało. Drew Berrymore to zupełnie inna historia. Ta laska wypaliła się kilka dobrych lat temu. Ani jest wyjątkowo ładna, ani wyjątkowo utalentowana. Poziom skretyniałej komedyjki dla rodziców to wszystko na co ją stać – szkoda. Po seansie mogę z czystym sumieniem odradzić oglądanie tego dzieła, to komediowa zapchajdziura, która ma na celu przyciągnąć kinomaniaków do kinowych kas. Darujcie sobie, szkoda kasy.
