Bolt

ONA:

Ostatnia pozycja. Kolejna – bardzo „psiurska”. Dla mnie to nowość, mimo że ta produkcja ma już kilka lat. „Piorun” to historia, która mnie szalenie zaskoczyła. Połączenie psiej miłości z kinem drogi, z fajnym dowcipem i mądrą fabułą, okazało się idealnym zwieńczeniem tygodnia z bajkami. Zatem: do dzieła!

Kiedy losy małej Penny i uroczego Bolta się połączyły, od razu było wiadomo, że czeka ich wspaniała przyszłość. Biały psiak zakochany był w swojej pani, a ona znalazła w nim wiernego i lojalnego przyjaciela. Razem się bawili, razem ratowali świat. Bolt miał super moce: ogromną siłę, lasery w oczach itp. A teraz muszą uratować ojca dziewczynki przez okrutnym człowiekiem. Cięcie. Zaraz, chwila? WTF?! Co ja właśnie zobaczyłam? To film? To FILM w FILMIE? Ano tak. Co prawda Bolt nadal i bez scenariusza uwielbia swoją panią, a ona jego, ale niestety – żyje w wykreowanym świecie. Nie ma pojęcia, że to wszystko jest sztuczne. Nie wie, że nie ma super siły, że jego oczy nie strzelają laserami, a głos nie wyrywa drzew. Żyje na planie filmowym… Ale wkrótce to się zmieni. Bolt podczas jednej ze scen, kiedy po raz kolejny ma uratować cały świat – czyli Penny, ucieka. Wydostaje się ze studia i teraz dopiero zaczną się jego przygody. Trafia na drugi brzeg Stanów i czeka go długa podróż, by ponownie wtulić się w swoją panią. Pomagają mu przy tym cwana kocica oraz uroczy chomik, który ogląda Bolta w telewizji i który marzy o podobnych przygodach. Jest śmiesznie, jest wzruszająco. Jest po prostu super!

„Piorun” to jedna z tych animacji, która brała również pod uwagę to, że na sali kinowej mogli pojawić się dorośli. Wiele żartów jest pod nich i to jest genialne posunięcie. Ma zaskakującą fabułę. Sceny, w których kotka uczy Bolta psiego życia, są po prostu rozkoszne. Oczywiście czeka na nas słodki happy end, ale przecież od tego są bajki.

Podsumowując: niezależnie, czy animacja ma 50, czy 5 lat – jeśli ma mądrą fabułę, to obroni się sama. Chyba najnudniejszą pozycją z tych 7 była „Mała syrenka”. To bardzo dziewczyńska historia i dla mnie nie ma ona zbyt dużego polotu. Prawdziwym zaskoczeniem był właśnie „Piorun”. Tu wszystko zgadzało się w 100%.

ON:

„Piorun” to jedna z tych bajek, którą pokochacie od samego początku. Tak było też i w moim przypadku. Pomimo tego, że widziałem ten film wcześniej, bardzo chętnie obejrzałem go jeszcze raz, między innymi dlatego, że opowiada o psie, który kocha swoją panią miłością, którą tylko psiak potrafi kochać.

Piorun to pies występujący w telewizyjnym show. Problem jest taki, że zwierzak nie ma zielonego pojęcia, że wszystko to, co się dzieje dookoła, to wytwór wyobraźni scenarzystów i reżysera. Dla niego codzienna walka z Doktorem Zło, to normalka, tak samo jak jego supermoce. Niestety, pewnego dnia zdarza się wypadek, a Piorun ląduje w paczce, które jedzie aż do Nowego Jorku. Tam spotyka trzy pierdzielnięte gołębie oraz kotkę Marlenę, która nie chce, ale musi być jego przewodniczką. To jednak nie koniec niespodzianek, w grupie tej pojawi się jeszcze jedna postać – niesamowity chomik, miłośnik telewizji i wielki fan Pioruna. Trójka ta zaczyna długą podróż przez USA, by dotrzeć do Hollywood, gdzie kręcone są kolejne odcinki przygód niesamowitego psa. Co ciekawe zniknięcie czworonożnego aktora nie spowodowało wielkiego załamania oglądalności. Bardzo szybko bowiem pojawił się dubler, który zastąpił poprzednią gwiazdę. Podczas podróży Piorun dowie się co to telewizja, zda sobie sprawę z tego, że największe supermoce znajdziemy w każdym z nas, a prawdziwa miłość nie zna przeszkód.

Animacja to jest naprawdę wyśmienita. Przede wszystkim ma dwa atuty. Po pierwsze jest śmieszna, a po drugie cały czas się coś w niej dzieje. To takie kino, którego się łatwo nie zapomina. W końcu po to kręcone są tego typu produkcje. Kolejna sprawa to sam bohater, którego ciężko nie polubić. Wesoły szczery i co najważniejsze – wierny. Jeśli chcecie zobaczyć co trójka zwierzaków może wykombinować podczas niesamowitej podróży, to musicie obejrzeć „Pioruna”.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad
  • Ja żałuje, ze nie było choćby małego spinnofu dla gołębi. Madagaskarskie pingwiny się doczekały, szkoda że gołębie nie :)