Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Essential killing

ONA:

Film „Essential killing” jest gówniany.

I właściwie, tylko tyle mogę napisać.

Ale, ale. Wszak wykształconam, wszak kulturalnam, wszak klepać w klawiaturę też umiem.

Na okładce kusi mnie opis „Mocny, przejmujący, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny”. Taaa. Mocny. Taaa. Przejmujący. Taaaa, trzymający w napięciu. Nie wiem co sobie wyobrażałam, ale to zdanie plus opis, klasyfikujący go do grona thrillerów i filmów wojennych, mocno w moim wyobrażeniu zamieszał. Co dostaję? Dostaję etiudę filmową. Może gdybym od razu wiedziała, że to dzieło jest bardziej metaforyczne, niż sensacyjne, to nie wynudziłabym się jak mops. Może gdybym wiedziała, że film jest jedną wielką ciszą, z zaledwie kilkoma krótkimi zdaniami (i to do tego po polsku), to nie nastawiałabym się bardzo pozytywnie. W ogóle wstyd mi. Kupując go powiedziałam Dawidowi, że film zgarniał nagrody (poza Oscarem), że jest zachwalany, jest inny. Przepraszam. A on teraz się ze mnie śmieje, bo wydaliśmy na niego 19,99, co można było przeznaczyć na coś innego.

Zaczynamy gdzieś na pustyni. Coś arabskopodobnego. I mamy 3 panów, którzy idą sobie przed siebie, nad nimi leci helikopter. Panowie schodzą w jakąś szczelinę, w której ukrywa się (chyba) nasz główny bohater. Nie wiem po co i czemu ładuje on w chłopaków pocisk do bazooki, ale widocznie jakiś cel to miało. Oczywiście, Mohammed zostaje złapany przez dzielnych wojaków w USA. Zostaje osadzony w więzieniu, a potem ma zostać przetransportowany gdzieś do Europy. Tak się szczęśliwie składa, że jadąc do tajnej bazy, na ośnieżonej drodze pojawiają się świnie, czy tam dziki i samochód ląduje w rowie. Mohammed ucieka. I podejrzewam, że od tego momentu miała zacząć się ta niesamowita akcja, a tu kolejny „film drogi”, z piętnem wojny. Tak jakbym nie wiedziała, że ludzie są w stanie zrobić wszystko, żeby przeżyć. Jedzą mrówki, korę z drzew, przysysają się obcej babie do cyca, celem wydojenia jej z mleka. Prawie bełtłam przy tej scenie.

Dlaczego jestem na nie? Bo film jest nudny. Jest przereklamowany. Etiuda filmowa jego mać. Pół biedy, ma to tylko 81 minut, podczas których ani razu nie wczułam się w ciężką sytuację głównego bohatera, który chcąc przeżyć, nie cofnie się przed niczym. Aaa, przepraszam. Raz bardzo go zwymyślałam, gdy zabił psa. Nienawidzę takich scen. Jacek Skolimowski ponoć napisał scenariusz w ekspresowym czasie. I to jest powód do chwalenia się? Panie Jacku, jak się człowiek spieszy, to potem Marudy się pastwią. Faktycznie, film jest przepełniony metaforami. Koń jest biały, objawiająca się kobieta przypomina Maryjkę Boską, śnieg skrzy się jak brokat, a pomagająca kobieta jest niemową. Co jeszcze? Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że dzieje się on w Polsce! Mamy polskie mini-dialogi pomiędzy bohaterami drugoplanowymi. Ale to wszystko osadzone jest w jakiś latach 70tych chyba, gdzie kobiety noszą pantalony, w domu pali się na piecu kaflowym, gdzie karmi się dziecko cycem po tym, jak spadnie się z roweru, nie biorąc pod uwagę tego, że wokół szaleje zima. A to nawet wiem ja, że cycków karmiących na chłód nie wystawiamy, bo mleko jest w kostkach potem. Panie Jacku, pan chyba dawno nie był w ojczyźnie. Ale bez wątpienia, pan reżyser kina akcji wie jak używać pierścienia focusa, bo majstrowanie przy głębi obrazu wychodziło panu przepięknie. Bokehszki palce lizać. Sceny ze zwierzakami – ok, super sensacja. Sceny z góry – mmmm, podekscytowanie sięga zenitu. A na sam koniec mam konia.

Nie no, było trzeba obejrzeć tego „Predatora”.

PS. Od  razu mówię – nie jestem wrogiem kina ambitnego, ale proszę, ostrzegajcie mnie przed nim. Wyciszę się, zamknę Dawida w innym pokoju, żeby jego śmiech mi nie przeszkadzał. Przyciemnię światło, otulę się kocem i będę oglądać kino ambitne.

A w każdej innej formie wolę latające bebechy i strzelanie z aut do helikopterów.

ON:

„Masz pitbulla, który wygląda jak jamnik, gibasz się jak pierdolony rezus, zachwycasz się panem Kunta-Kinte, marnujesz mojemu kumplowi ścieżkę najlepszego proszku, a na koniec puszczasz nam film o facecie w łódce. I ty chcesz, żebyśmy ubili interes?!”

Ten cytat z „Chłopaki nie płaczą” jest idealnym, aby nim opisać sytuację polskiego kina. Nawet jeśli nakręcimy film na Alasce. Nie! Wróć. Nawet jak nakręcimy film na Marsie, to i tak będzie widać, że jest on polski. Nie zrobisz z jamnika pitbulla, nie zrobisz z polskiego kina światowej superprodukcji. Nie i tyle! Jesteśmy za Ameryką, za Anglią, nawet za Niemcami jeśli chodzi o produkcje filmowe. Cholera nawet węgierski „Kontroll” jest świetny. Cały czas jest ta sama łódzka filmówka, z tą samą niezniszczalną kadrą, tymi samymi znajomościami i tym samym oklepanym od lat warsztatem.

Zastanawiam się czy jak przychodzisz tam na zajęcia, to uczysz się na pamięć formułek, które mają pomóc Ci w przyszłej pracy filmowca? Wchodzisz na salę wykładową i słyszysz: „Film polski musi być o wojnie i o Żydach, musi być o komunizmie, musi zawierać elementy walki narodowo-wyzwoleńczej. Film polski to Hoffman, Holland, Skolimowski, Wajda i Polański. Pamiętaj, nigdy nie będziesz lepszy niż wcześniej wymienieni. Polskie komedie nie mają śmieszyć. Jeśli ktoś zrobi śmieszną komedię, to się do niego nie przyznamy. W filmie polskim efekty specjalnie robimy przy pomocy kartonowych czołgów, gumowych smoków, keczupowej krwi, wypchanych zwierząt, a pistolety mamy plastikowe. Wojna w naszych filmach przedstawiona musi być z odpowiednim etosem i patosem (nie mylić z Erosem) i nigdy nie będzie taka jak w amerykańskich filmach. Nie starajcie się być amerykańscy, bo to jest zło!”

Okej – przesadziłem, ale z punktu widzenia zwykłego oglądacza filmów, czuję się „dymany” przez polską kinematografię. Zapłaciłem 20 zł za najgorszy numerek ostatnich kilku miesięcy. Dałem polskiej dziwce filmowej dwie dychy, a ona zamiast zrobić mi dobrze – zarżnęła mnie w oczodół. Bo jak mogę uważać inaczej, jeśli Pan Skolimowski podaje nam 81 minutową papkę, w której Amerykanin gra Taliba, Norwegia zagrała zapyziałą Polskę, a każda kolejna scena to podobno etiuda, która sprawiła, że otwierają mi się stare wojenne rany. Dlaczego się nad tym filmem pastwię? W kilku punktach poniżej znajdziecie odpowiedź.

1. Jakaś pustynia, trzech facetów łazi po skałach i czegoś szuka. Czego? Oni sami chyba nie wiedzą.

2. W pewnej chwili włażą w ciemny skalny korytarz, w którym czai się główny bohater filmu. Uzbrojony w RPG (znalezione przy jakimś innym Talibie), nie zastanawia się długo i czując się zagrożony naciska na spust. Po oddanym strzale zaczyna uciekać. Ja mam pytanie – czy jak ktoś oberwie z takiego pocisku to gdzie jest krew? Paruje?

3. Uciekiniera zgarniają wojskowi i przewożą do jakiegoś tajnego więzienia.

4. Tortury? Uśpienie?

5. Podróż w inne dziwne miejsce. Po drodze konwój wpada na dzikie świnie i van z naszym bohaterem wypada z drogi.

6. Więzień ucieka. Zabija 2 osoby.

7. Gonią więźnia.

8. Więzień ucieka dalej, zabija psa (przy okazji ginie jeden z goniących).

9. Więzień ma nowe ubranie, je mrówki, korę i podkradzioną jakiemuś facetowi rybę.

10. Ścigany zabija drwala.

11. Bohater napotyka w lesie babę z małym dzieckiem, baba karmi cycem. Zarośnięty i wygłodniały Talib zastrasza babę i dosysa się do jej cyca.

12. Bohater wycieńczony dociera do chaty, w której mieszka głucha kobieta. Pozwala mu ona przenocować i daje rano konia.

13. Uciekinier odjeżdża na koniu, po drodze krwawiąc obficie.

14. Scena gdzie koń stoi sam w szczerym polu.

15. Napisy końcowe

Unikajcie, nie oglądajcie. Wszystkie nagrody zostały przyznane przez jury składające się z „Czterech muzykantów z Bremy” oraz niepełnosprawną fokę.