Bratislava

ONA:

Stwierdziliśmy, że skoro blog o marudzeniu, to nasz weekendowy wypad do Bratysławy będzie idealny na pierwszy poważny post.

Kiedyś tam wpadliśmy na pomysł, że fajnie by było zwiedzić ciekawsze miasta w Europie. Potencjalnie – fajne powinny być stolice. Potencjalnie. Na pierwszy rzut poleciała Warszawa. Dawid mieszkał tam długo, ale dla mnie to była nowość (po prost za każdym razem jak organizowano w szkole wycieczkę do Wawy, to ja byłam chora). Do tej pory byłam w naszej stolicy 2 razy: raz trafiłam na rocznice po katastrofie smoleńskiej, drugi – gdy akurat przyleciał Obama. W wakacje wyskoczyliśmy do Berlina, który nas ujął bardzo, szczególnie deszczem padającym poziomo i tym, że sklepy były w niedziele zamknięte. Ale wróciliśmy z Berlina z dodatkową literką ‘N’ – więc było pięknie. Teraz padło na Bratysławę.

Eh.

W teorii: największe miasto na Słowacji (*tia*). Ba – stolica (*pusty śmiech*)! Nie nastawiajmy się źle. Jechaliśmy tak w ściśle określonym celu, który dość ograniczał nas czas wolny, ale ja i tak miałam wizję. Dla mnie do tej pory Słowacja to było śmieszne państewko, przez które przejeżdżamy jadąc w Tatry (a Dawid pewnie w ogóle nie wiedział o istnieniu tego państwa, dla niego to wszystko co jest pod nami to Knedloland).

Tato podrzucił nas na katowicki PKS, gdzie po chwili podstawił się Polski Bus. Pierwszy przystanek typu: ‘Czeba nakarmić raka kiepami’ był w Cieszynie. Wdech-wydech… Mieszkamy prawie w Cieszynie… Ale potem już prosto do Bratysławy.

Po drodze przerażała nas postępująca pustka. Wioska umarłych, rozciągająca się przez całe państwo. Chociaż, autostradą jechało się całkiem zgrabnie, a po drodze widzieliśmy kilka zacnych zameczków (które jeszcze nie zdążyły spłonąć).

Na miejscu na dzień dobry, a właściwie na dobry wieczór taksiarz naciągnął nas na 25 ojrosów, po przewiezieniu nas po bocznych uliczkach do hotelu. W hotelu mówiliśmy po polsku, bo obsługa angielski zna tylko z piosenek DJ Bobo. Hotel ładny, trącił nieco zacofaniem, ale była w łazience wanna, co nas zachwyciło.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o rzeczy, które w Bratysławie zachwycają.

(13:12) Dear sweet mother of God… we’re in Eastern Europe!

Nie no, oczywiście – fragment ‘Eurotrip’ jest mocno przekoloryzowany.

Po pierwsze: nikt nie mył się z wiadra na środku ulicy (oni mają do tego fontanny, których w centrum jest ponad 20!). Po drugie: nie widzieliśmy psa z ręką. Chociaż myślę, że kawałek ręki, jak i psa zjedliśmy w postaci hot doga. Po trzecie: w Bratysławie nikt nie mówi po angielsku! Po angolsku prędzej. Stop! Hammer time! Enjoy Bratislava! No i mocno przesadzone jest to, że za dolara można żyć po królewsku. Wiecie, oni są (jakimś cudem) w strefie euro! Tam, gdzie my będziemy za jakieś 30 lat (zaraz po tym, jak Grecję wywalą z Europy i przyłączą do Turcji, będzie dziura, którą, miejmy nadzieję, wypełni nasz cudowny kraj)!

Dawida zachwyciły godziny otwarcia sklepów (10-15), ale po 2 dniu nie picia kawy zaczął z rozpaczą w oczach szukać jakiegoś Starbucksa i znalazł.

Znalazłem najbliższego Starbucksa.

– Gdzie?!

– We Wiedniu.

Jedzenie. Oni nawet pizze potrafią zepsuć! Na klasyczną capriciosę wrzucają całe główki czosnku, który pod wpływem pieczenia zmienia się w coś tak obrzydliwego, że głowa mała. W tym momencie moja droga rodzicielka, powiedziała by, że ‘W dupie się nam poprzewracało z dobrobytu’.

W piosence Big Cyca ‘Berlin Zachodni’, na każdym rogu czaił się Turek. W Bratysławie – żulek!

Ratował nas Lidl, czynny do 21, gdzie po przebrnięciu przez żulków, można było dostać bardzo dobre jabłka, jeszcze lepsze rodzynki w czekoladzie i jogurt, po którym nie nastąpiła diarrhoea, gdzie wszystkie towary produkowane były w Niemczech.

Komunikacja w mieście. Jaka komunikacja?! Na środku drogi stało ścięte do połowy drzewo, oblane asfaltem.

I na sam koniec dobił nas Dworzec Autobusowy. Poczekalnia na pietrze, z milionem schodów (ruchome nie działały, *łał*, przechowalni bagażu nie było wcale,), otwarty tylko kiosk, z gazetami, fajkami i alkoholem, kilka automatów na słodkości i ciepłe picie i żulki kręcące się na prawo i lewo, a może akurat komuś wypadł pieniążek.

Siedzieliśmy grzecznie obok ekipy rosyjsko-mówiącej, która miała ze sobą rakiet fjuel 70%, oglądaliśmy Harrego Pottera, zajadając wspomniane zmielone razem z budą ciepłe psy, dopadła nas mega głupawką (zmęczenie materiału + ogromna tęsknota za obiadkami mamusi).

– Ty też jesteś jak feniks. Umiesz płakać na zawołanie.

– Jestem jak feniks, lubię się spalić.

Autobus miał przyjechać o 23:59.

O 22:50 ochroniarze poprosili nas o opuszczenie budynku. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. 3 mrugające jarzeniówki.

Ciekawe co jeszcze może się spierniczyć?

Powiedziałam to w złym momencie.

Akurat podjechał Polski Bus, wypełniony po brzegi zmanierowanymi gówniarami, które pojechały sobie do Wiednia na weekend. I do tego się połamały.

Byle do domu.

Przekroczenie granicy w Cieszynie wylało na mnie błogi spokój.

Podsumowując. Nie dziwię się, że Czecho-Słowacja się rozpadła. Też bym nie chciała, żeby mi do buta pchali ten śmieszny kraj.

ON:                                                                                                                                                                                                                             Dla mnie Bratysława to miasto, w którym nie działały żadne ruchome schody, a trochę ich było po drodze. Poczekalnia na dworcu głównym jest na pierwszym piętrze i do niej prowadzą ruchome schody, które także nie działają. Parówkę do hotdoga, którego udało nam się kupić, koleś odgrzewał w mikrofalówce. Była wyśmienita. Paulina w pewnym momecnie odsuwa hotdoga od ust i dziwnie mu się przygląda.

Co znalazłaś? – zapytałem. – Palca? I śmiech.

To dworzec centralny na którym zamknięta jest każda kasa, gdzie nie ma otwartego żadnego fastooda ale za to jest automat do zrobienia zdjęc. 2 euro sztuka.

Cały wyjazd kojarzy mi się ze starym dowcipem.

Wnuczek chce gdzieś pojechać na wakacje pyta się dziadka gdzie by pojechał. Dziadek mówi Rumunia, wspaniały kraj, wódka, dziwki słońce i zabawa. Więc wnuczek jedzie. Wraca po dwóch tygodniach i mówi. Dziadku co za bzdura, wódka syf, dziwki syf, kraj to syf. Dziadek na to – a z kim ty byłeś na tej wycieczce? – Z Rainbowturist – Mówi wnuczek. No widzisz -odpowiada dziadek. Ja z Wermachtem.

Może my po prostu wybraliśmy złe biuro podróży?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad