ON:

To, że jestem dzieckiem epoki VHS, pisałem już wielokrotnie. Są osoby, które na pewno nie pamiętają tych czasów. Wystarczy powiedzieć, że magnetowidy miało tylko kilka rodzin na dzielni, a w ich mieszkania w piątkowe i sobotnie wieczory przeobrażały się w domowe kina. Sąsiedzi schodzili się całymi rodzinami na te wieczorki. Ktoś przyniósł wódeczkę, ktoś inny kawałek kiełbasy, ogórki , śledzie. I siedzieliśmy tak w pełnym dymu z „Klubowych” pokoju, w którym na ekranie kolorowego Rubina lub innego telewizora działy się rzeczy magiczne.

Podczas takich wieczorów u mojej przyszywanej ciotki pierwszy raz zobaczyłem „Top Gun”, „Wejście Smoka” oraz „Aliens”. Nie mogę zapomnieć o „Pijanym mistrzu”, czy „36 komnacie”. Kino kung-fu ze wschodu aż samo prosiło się o bycie kopią kopii z kopii. Tak, nie bądźcie zdziwieni. Nikt nie wiedział wtedy czym jest legalna kultura. VHS-ki kopiował każdy, a wiadomo każda kolejna kalka stawała się coraz to gorszej jakości. Zapomnijcie więc o ostrym jak żyleta obrazie i DTS-ie. W tych latach nikomu to jednak nie przeszkadzało. W ten sposób byliśmy bliżej Zachodu, a Ameryka wlewała się do naszych mieszkań z „peweksów” oraz przez ekrany TV. Każdy z dzieciaków na podwórku chciał być jak Bruce Lee lub Cobra. Czasy się zmieniły, technologia poszła do przodu, a gawron w czarnych okularach jest tylko starym, schorowanym człowiekiem. Nie zmieniło się tylko jedno: rząd kradnie, tak samo jak robił to 30 lat temu.

Od czasu gdy siedziałem na dywanie przed szafką z telewizorem, minęło dobrych 25 lat. Kawał czasu. Ja nadal czasem jestem tym dzieciakiem, który czekał na piątkowe seanse filmowe, nadal kocham filmy kung-fu, choć zmieniły się one drastycznie. Zamiast gwiazd z Azji dupy kopie Statham i jemu podobni, nie oznacza to, że nie ma już klasycznych mordobić, wyprodukowanych w starym dobrym stylu. Jednym z nich jest amerykańsko-indonezyjski „Raid”.

Dzieło to jest genialne w swojej prostocie. 30 piętrowy budynek opanowany przez mafię z bezwzględnym szefem na czele i 20 osobowy elitarny oddział policji, który ma za zadanie wyeliminować bandziorów, wyłączyć działającą w środku fabrykę narkotyków i dorwać bossa. Nic prostszego, tyle że na miejscu okazuje się, iż gliniarze wpadają w zastawioną na nich pułapkę i nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Film Garetha Evansa trwa 101 minut i ani na chwilę nie zwalnia tempa. Choreografia walk jest wręcz genialna, czasem aż nie chce się wierzyć w to, co widzimy na ekranie. Każda kolejna strzelanina lub mordobicie to perełka i często takich scen nie znajdziemy nawet w wysokobudżetowych amerykańskich produkcjach. Majstersztyk.

Oglądając „Raid” mamy wrażenie, że film trzyma się konwencji znanej z „Rec” oraz „Dredd”. Zamknięty budynek, do którego nie można się dostać i z którego ciężko się wydostać, to element wspólny tych dzieł. Poczucie zaszczucia i wszechstronnego zagrożenia jest następnym puzzlem pasującym do tej dobrze znanej układanki. Dzięki temu „Raid” równie dobrze może być rozkładany na części jako dzieło z innej filmowej półki (thriller, horror). Dla mnie jednak pozostaje fenomenalnym kinem akcji z ogromną dawką kung-fu. Warto obejrzeć nawet dla samej choreografii.