ONA:
Po genialnej „Szmaragdowej tablicy” sięgnęłam po „Wiedeńską grę”, która zupełnie mnie nie zachwyciła. Widzę ogromny potencjał w Carli Montero, ale przyznam szczerze, że bałam się, że ta autorka powiła kolejnego, bardzo przeciętnego gniotka. To by oznaczało, że „Szmaragdowa tablica” przytrafiła się jej przypadkowo… „Złota skóra” leżała na półce kilka tygodni. Trochę mnie przerażała, bo miałam wobec niej ogromne oczekiwania. Nie, ogromne to złe słowo. Miałam gargantuiczne oczekiwania, szczególnie względem autorki, dla której to było moje być albo nie być. I co? Zjadłam tę powieść w jeden wieczór. Montero odczarowała mi samą siebie.
Co prawda nie jest to dzieło, które wywołało u mnie tyle emocji i przeżyć jak „Szmaragdowa tablica”, ale nadal – to powieść bardzo dobrze napisana. Carla potrafi w bardzo fajny sposób żonglować fabułą tak, że historia, która miała rozgrywać się przed dziesiątkami lat, jest lekka i przyjemna, jakby działa się wczoraj. Tymczasem mamy Wiedeń na początku XX wieku. Och, co to były za czasy. Bohema artystyczna, elity, filozofowie, politycy – wszystko było fascynujące, a kolejne nazwiska, które znamy z kart podręczników i z kolejnych ekspozycji muzealnych, po prostu tworzyły u mnie gęsią skórkę… W tym przesiąkniętym atmosferą mieście dzieje się coś złego. Ktoś morduje modelki, które pozują największym artystom, nierzadko będąc ich kochankami, muzami. Taka modelka, to trochę wyższy poziom niż dziwka, ale nadal – zawód dość piętnowany społecznie. Cóż, piękne dziewczyny, odsłaniające swe ciała, inspirujące twórców… Tylko, że nagle ktoś je zaczyna bestialsko i bardzo brutalnie mordować. Sprawą zajmuje się detektyw Karl Sehlackman, a głównym podejrzanym jest jego najbliższy przyjaciel – książę Hugo von Ebenthal, który powrócił z długoletniej „banicji”. Żeby dodatkowo zagęścić atmosferę i wprowadzić kolejny, niepokojący element, mamy tu też tajemniczą modelkę, przepiękną kobietę, obok której nie można przejść obojętnie. I jeśli już wydaje się Wam, że przy pomocy tych kilku zdań rozwiązaliście tajemnicę, to powiem, że mocno się zdziwicie, kiedy dojdziecie do ostatnich stron powieści.
Trudno było mi się oderwać od tej książki. Wciąga. Jest po prostu dobrze napisanym kryminałem, gdzie tajemnica naprawdę zostaje rozwiązana na ostatnich stronach i nic nie wskazuje na to, że właśnie taki, a nie inny, będzie finał. Jeśli chodzi o podstawowe kryteria w powieściach kryminalnych, to intryga i zwodzenie czytelnika – są podstawowymi. Uwielbiam, kiedy autor bawi się ze mną, wodzi mnie za nos i daje mi szansę pobawić się w detektywa tylko po to, by za chwile uświadomić mi, że metodą dedukcji to mogę jedynie dochodzić do tego kto zjadł wszystkie ciastka w domu. Dodatkowo Montero fenomenalnie potrafi oddać atmosferę dawnych czasów. Książka jest przesiąknięta historią, duchem dawnego Wiednia, charakterem ówczesnych ludzi, od tych sfer najwyższych, arystokratycznych, przez twórców, po przeciętnego człowieka i tych ze społecznego rynsztoka również. Ale mamy tu nie tylko atmosferę i przegląd warstw społecznych. Tu również jest ogrom emocji, od tych najbardziej krystalicznych, pięknych, po te najgorsze, mroczne i złe.
Montero odbudowała mój szacunek dla swoich książek tą opowieścią. Jest ona taka, na jaką liczyłam. Wątki się subtelnie mieszają, jest wartka i dynamiczna, i – co najważniejsze, wciąga i zaskakuje. Polecam!
