ON:

Jeśli w filmowym towarzystwie padnie nazwisko Jon Favreau, to pewnie więcej niż połowa fanów kina nie będzie wstanie przypomnieć sobie twarzy tego aktora. Dlaczego? Ponieważ zapamiętujemy osoby, a dopiero później nazwiska. Gdy jednak zobaczycie szczere i rumiane oblicze tego pana, od razu łatwiej będzie go zidentyfikować – to przecież Hogan z „Iron Manów” i Leo z „Lepiej późno niż później”, no i we „Wpadce” także zagrał.

Ten 48 letni aktor ostro wziął się za produkcję filmową oraz reżyserię. Po „Iron Manie” nadeszła kolej na „Iron Mana 2” oraz na Avengersów. Favreau jednak nie zakończył swojej przygody na przygodach ekscentrycznego milionera w stalowym ubranku. Okazuje się, że dobrą odskocznią od efekciarstwa jest kino kulinarne. Do tej nietypowej kategorii zaliczę jego najnowszą produkcję pod tytułem „Chef”.

To kino tak smakowite, jak kulinarna podróż po najlepszych restauracyjkach. Nie mam na myśli tych wypasionych restauracji, przepełnionych burżuazją, ale tych zaszytych w trudno dostępnych miejscach lokalach, maleńkich knajpach, w których jest wszystko: atmosfera, miła obsługa, a przede wszystkim niepowtarzalne żarcie. Każdy z Was ma taką miejscówkę, gdzieś, gdzie wracacie co jakiś czas i stwierdzacie, że nic się nie zmieniło. Nadal jest przytulne, atmosfera wyjątkowa, a jedzenie boskie.

Właśnie w takiej restauracji pracuje Carl Casper (Favreau). Jest tutaj szefem kuchni, a jego przełożony Riva daje mu wolną rękę w sprawie menu i sposobu przyrządzania jedzenia. Tyle że Riva to chłop niereformowalny. W dniu, w którym do restauracji ma przybyć znany krytyk, nie pozwala Carlowi wziąć spraw w jego ręce i każe mu ugotować wszystko to, co było w starym menu. Kończy się to oczywiście klapą. Warto teraz wspomnieć o życiu prywatnym kucharza. Facet jest rozwiedziony, ma piękną ex-żonę, która mieszka sama z jego synem. Dzieciak odrasta już od ziemi, ale to nadal młoda winorośl, której jeszcze wiele potrzeba, aby osiągnąć wiek dojrzały. Stosunki między nimi nie do końca są idealne. Wszystko dlatego, że Carl często daje ciała i zwodzi swojego pierworodnego. Jakoś się to kula, ale nie jest tak, jak powinno być. Percy, bo tak zowie się syn, to dzieciak współczesnych czasów. Non stop przy tablecie, non stop w sieci. To właśnie on pokazuje ojcu Twittera, a na nim niezbyt pozytywny wpis na jego temat. Autorem wpisu jest oczywiście krytyk kulinarny. Wkurzony Carl komentuje w odpowiedni sposób wpis, co wzbudza lawinę komentarzy, a on sam staje się swoistym bohaterem social mediów.

Chociaż na kucharzeniu Carl zna się jak nikt inny, to Riva nadal blokuje jego nowe pomysły. Kończy się tym, że szef rzuca ścierę i odchodzi z pracy. Przez chwilę błąka się, nie do końca wiedząc co ze sobą począć, aż w końcu postanawia pojechać z byłą żoną i synem na mały trip. Gdzieś po drodze pojawia się pomysł własnej budki z żarciem, szczególnie, że jakiś znajomy żony ma do oddania taką jeżdżąca furę za grosze. Carl chce zmierzyć się z wyzwaniem i chociaż auto nie jest pierwszej „świeżości”, to wraz z pomocą syna powoli doprowadzają je do stanu używalności. Wygląda na to, że zaczyna się wspaniały kulinarny, wakacyjny trip po USA, który bardzo zbliży ojca i syna. Zanim jednak wyruszą w trasę, pojawi się jeszcze ktoś, a mianowicie kupel z knajpy Martin. Nie pozwoli swojemu przyjacielowi samemu jeździć „żarciotrackiem”. Tak oto ekipa złożona z Carla, jego syna Percy’ego oraz kucharza Martina podbija Amerykę. Pewnie nic by się nie udało, gdyby nie dzieciak, który przy pomocy komórki i tabletu robi świetny szum w sieci, a co za tym idzie – niesamowity marketing.

Film jest fenomenalny. Jest śmieszny, ciepły, prawdziwy i wzruszający. Dzieło o jedzeniu, kanapkach i różnego rodzaju przekąskach, okraszone jest fajnym soundrackiem, przepełnionym kubańskimi i latynoskimi klimatami, pasującymi do całości jak musztarda do pysznej, grillowanej kiełbaski. Dla mnie jedena z lespszych opowieści o życiu i codziennych problemach, jaką miałem okazję oglądać. Smakowitości.

PS. Nie zabierajcie się za ten film na czczo.

ONA:

Nie wiem jak to jest, ale od czasu do czasu wpadnie nam w czytnik film „kuchenny”, przesiąknięty zapachami, ze skwierczącym na patelni mięsem, gęstą, mesmeryczną wręcz czekoladą, chrupiącym chlebem. Nagle czujemy zapach roztopionego masła, aromatycznych serów, ziół, mimo, że widzimy potrawy tylko na ekranie telewizora. I nie wiem jak to się dzieje, że nam zawsze „TAKI” film wpadnie w ręce wtedy, kiedy jest późna noc, a w lodówce jest jedynie musztarda i światło…

Tym razem, w takim niekomfortowym położeniu zostaliśmy przy filmie „Chef”, w którym oczywiście główne skrzypce gra jedzenie i to jakie jedzenie! Najpierw mamy wykwintną restaurację, potem pokaz umiejętności kulinarnych kucharza, a potem pyszną podróż. A wszystko to podane w niezwykle uroczym filmie, w którym poza smakami i zapachami, mamy też sporo humoru.

Carl Casper (Jon Favreau) jest kucharzem w dobrej restauracji. Jest tu szanowany, lubiany, czasami nawet zatopi ząbki w pięknej kelnerce Molly (Scarlett Johansson), bo z żoną się rozwiódł, ale żyją dobrze – mobilizuje ich do tego ich syn, bystry i inteligentny Percy. Swoją drogą – ex żonka, Inez (Sofia Vergara) jest bardzo mniam. Spokojną pracę Carla w restauracji przerywa pewny bloger kulinarny, szumowina pierwszej klasy, który po kolacji wystawia dość nędzną recenzję tego, co otrzymał do zjedzenia. I teraz opcje są dwie: albo Carl udoskonali rzekomo słabe potrawy, albo zrobi coś zupełnie innego. Oczywiście on sam chciał wybrać opcję drugą, ale właściciel restauracji – Riva (Dustin Hoffman) wybiera za niego. Wkurzony Casper zrzuca fartuch i postanawia stworzyć coś własnego, coś, do czego już od dawna namawia go Inez. Wkrótce pojawia się wsparcie w postaci kumpla z byłej pracy, Martina (John Leguizamo) i Percy’ego. Panowie pakują „żarłowóz” i jadą w trasę. Przy pomocy młodego stają się bardzo popularni, bo robi im on socialmediową kampanię na najwyższym poziomie…

Ciągle miałam wrażenie, że zaraz coś się zwali w tym filmie. Że będą mieć wypadek, kogoś otrują, coś złego się wydarzy, a tu nic. I ten film pod tym względem jest wręcz fenomenalny! Jest cieplutki, milutki, pyszniutki, jak tost z dużą ilością sera, wchłonięty na kaca. Spodziewałam się dobrego filmu, a dostałam bardzo dobry, życiowy, śmieszny i dowcipny. Jestem bardziej niż zadowolona. Trochę tu komedii, trochę obyczaju z kilkoma facetami na pierwszej linii, mamy tu też kino drogi i jedzenie, które to wszystko zlepia. A poza tym, gra tu Robert Downey Jr. Co prawda jego rola jest mała, ale charakterna.

I teraz najważniejsze:
– nie oglądać wieczorem,
– z pustym brzuchem,
– i pustą lodówką.