ONA:

Dzieci. Dla mnie – temat morze. Mogłabym godzinami opowiadać o tym, jak bardzo uwielbiam te podciepy, z którymi pracuję, bo są fantastyczni i sprawiają, że chce się chcieć. Z drugiej strony, zupełnie paradoksalnie, mogłabym godzinami opowiadać o tym, jak bardzo sobie cenię to, że nie mam własnych. Czasami przybiera to postać totalnego hejtu, którego nie wszyscy rozumieją (ot, dlaczego nie mogę wejść z ułożonym, czystym i grzecznym psem do knajpy, a z wrzeszczącym i popuszczającym berbeciem owszem – ale to nie miejsce, ani czas, na tego typu rozwody), ale zwykle, gdy już decyduję się na wyznanie „Nie planuję dokonać rozrodu”, wtedy padają sztampowe hasła:„Tu nie ma czego planować”, „Niejedna też tak mówiła”, „Przyjdzie na ciebie czas” albo moje ulubione – „Kto ci na starość poda szklankę wody?!” Ale pomijając moje „antyciążowe widzimisie” – dziś będzie film o posiadaniu dziecka, który mnie totalnie ujął.

Susanna (Julianne Moore) i Beale (Steve Coogan) to para, która żyje sobie razem bez zbędnych formalności i którą łączą dwa elementy: pasja w pracy i ich córka – Maisie (Onata Aprile). Kobieta jest czymś na kształt starzejącej się gwiazdy rocka, żyje muzyką, tworzy, jeździ w trasy itd. Mężczyzna z kolei jest niezwykle popularnym, cenionym i wpływowym handlarzem dziełami sztuki, którego również częściej nie ma, niż jest. Owoc ich lędźwi wychowywany jest przez nianię – śliczną Margo (Joanna Vanderham). Z pozoru taki układ rodzinny wszystkim pasuje, ale już na początku filmu wiemy, że będzie intensywnie. Para się rozstaje i jednocześnie zaczyna się batalia o dziecko. Mała Maisie przerzucana jest pomiędzy rodzicami. A potem dojdą do tego kolejne dwie osoby: wspomniana już Margo, która szybko wpadnie w sidła Beale’a i Lincoln (Alexander Skarsgård), nowy facet mamuśki. I to właśnie oni staną się oddanymi i rozsądnymi opiekunami…

Film „What Maisie Knew” to ekranizacja powieści Henry’ego Jamesa, który przenosi nas w historię o tym, że nie wszyscy ludzie powinni decydować się na dziecko. Susanna i Beale są klasycznymi przykładami na to, że zrobienie sobie dziecka nie powinno kończyć się na porodówce, bo dopiero potem się zaczyna. Niestety, pędy ku karierze i oddanie swoim pasjom spychało owoc ich pociechę na coraz dalsze pozycje. Ale nie zrozumcie mnie źle – oni kochają swoją pociechę. Niestety, kochają też swoje prace i zajęcia. Mała ma wszystko, poza jednym… I w opozycji dla nieudolnych rodziców staje dwójka kolejnych bohaterów, na których aż miło się patrzy. Margo jest opiekuńcza, rozsądna i faktycznie zaangażowana w rozwój małej, a pojawiający się ni stąd, ni zowąd Lincoln jest po prostu przeuroczy. Dba o swoją pasierbicę jak o bezbronnego kurczaczka, który wymaga pełnego działania, a nie tylko wtedy, gdy ma się chwilę. Bardzo szybko zaczynamy lubić tę parę, ale nie wiem jak inne osoby, które oglądały ten film, ja miałam ciągle wrażenie, że zaraz stanie się jakaś tragedia… Niemniej – film ogląda się rewelacyjnie. To spokojna, przepięknie nakręcona i zmontowana opowieść, w której głównym elementem jest jedno, małe, smutnookie dziecko i kilku dorosłych dookoła. Świetnie dobrani zostali również aktorzy. Moore daje czadu, a rockowy anturaż i pazur pasują jej rewelacyjnie. Coogan to typowy Brytol, który do filmu wnosi odrobinę nonszalancji. Vanderham to kobieta, której aparycja jest właśnie typowo guwernantkowa, a mała gwiazdka – Aprile – zagrała bardzo dramatycznie, jak na kilkuletnią dziewczynkę. Ale i tak całą moją uwagę skupiał na sobie Skarsgård, który był jak krem krówkowy, nutella i sos toffi w jednym, złotowłosym i szalenie pociągającym wcieleniu. Żadne tam Goslingi… Ten Szwed sprawił, że mam ochotę obejrzeć całą jego filmografię, bo póki co znam go tylko z „Battleship: Bitwa o Ziemię”.

Last but not least: presja społeczna i niedojrzałość to dwie główne przyczyny tragedii, które rozgrywają się w rodzinnych gniazdach, za zamkniętymi drzwiami. Zatem radzę się 300 razy zastanowić, zanim na świecie pojawi się jakakolwiek żywa istota.

ON:

Wszystko zaczęło się od tego, że Paulina chciała oglądać komedię. Siadła koło mnie z lapkiem i odpaliła jakieś włoskie badziewie. Po 10 minutach powiedzieliśmy jednogłośnie „DOŚĆ!”. Wtedy Papi zapuściła „What Maisie Knew”, a ja z boku oddawałem się przyjemności pracy zawodowej.

Każda kolejna minuta sprawiała, że z coraz to większym zaciekawieniem rzucałem jednym okiem na to, co się dzieje na ekranie, a pod koniec seansu byłem wprost zauroczony. „What Maisie Knew” jest dramatem w pełnym tego słowa znaczeniu, a jeszcze bardziej dramatyczne jest to, że opowiada o losach małej dziewczynki, która stanęła pomiędzy walczącymi o nią rodzicami. Kilkuletnia Maisie jest spokojną, ciemnowłosa dziewuszką, jej rodzice zaś to dwa odmienne temperamenty. Matka, Susanna jest gwiazdą rocka, a jej codzienność to koncerty, płyty, nagrania i zabawa. Zaś jej ojciec, Beale to znany marszand, który cały czas przebywa poza domem. Jego sprawy zawodowe powodują, że pomyka on po całym świecie i dla córy ma bardzo mało czasu. Ta dwójka nie jest małżeństwem, żyją sobie „na kocią łapę”. Po latach bycia razem wszystko się sypie, wali jak domek z kart, ale każde z nich chce mieć dziecko tylko dla siebie. Koniec jest taki, że swoje problemy załatwiają w sądzie. Dziewczynka wylądowała u ojca, który bardzo szybko ożenił się z dotychczasową opiekunką Maisie – piękną i młodą Margo. Matka ma prawo do odwiedzin i opieki, ale by bardziej wiarygodnie wypaść w oczach sądu, także bierze ślub. Jej wybranek to przystojny Lincoln. Dość szybko zaczyna okazywać się, że dwoje „nowych” rodziców potrafi dać małej więcej radości i miłości niż biologiczna dwójka. Dla Susanny i Beale’a córa istnieje wtedy, gdy maja kaprys pobawić się w opiekunów. Zdarza się to raz na kilka dni, a nawet tygodni i wtedy pokazują jacy to nie są zajebiści. Tyle, że to za mało. Ppza tym potrafią odwalić akcje w stylu pozostawienia jej samej sobie, a nóż widelec znajdzie się ktoś, kto się nią zaopiekuje. Im więcej czasu spędzają z Maisie – Margo i Lincoln bardziej stają sobie bliscy, wręcz tworzą idealną rodzinę. Ale czy to ma prawo przetrwać?

To opowieść o tym jak ludzie robią sobie dzieci „bo tak wypada”, a później mają daleko swoje pociechy i szukają kogoś, kto się nimi zajmie. Rodzicielstwo z przypadku, w chwilach gdy chcemy mieć małą, żywą zabawkę, to zła opcja. Jeśli nie jesteś gotowy na dziecko, to go po prostu sobie nie rób. Bo będziesz krzywdził i siebie, i je.

Film jest bardzo plastyczny, cholernie mnie urzekł zdjęciami, pasującą do całości muzyką i małą Maisie, która genialnie zagrała zagubioną, niewiedzącą o co chodzi duszyczkę. Lincoln, grany przez Alexandera Skarsgårda, jest rozbrajająco uroczy, a Margo to takie słodkie dziewczę. I tak naprawdę to ta trójka gra pierwsze skrzypce w tym obrazie. Pomimo, że dramat to uważam, że warto go obejrzeć. Kawał dobrego kina.