ONA:

Bardzo często w przypadku sequeli mamy wrażenie, że powstały one tylko po to, by naciągnąć widza na kasę. Po sukcesie części pierwszej naturalne jest to, że trzeba nachapać się zielonymi papierkami z prezydentami, bo przecież widzowie są jeszcze na fali i z euforią, i radością pobiegną do kin. I wtedy się okazuje, że mamy do czynienia z kaszalotkiem, z paskudnym wyrzygiem kinematografii, który nas ogłupił. Gorzej jest tylko wtedy, kiedy damy się nabrać na zgrabny i prosty marketing trzeci raz. Wtedy to nie błąd, a wstyd.

Na szczęście w przypadku przygód Martina i Rogera, nie ma tu niczego, co może zawstydzić. Druga część „Zabójczej broni” powoli wprowadza nas na tory, które ja uwielbiam. Ciężka komedia kryminalna, z sensacyjnymi wątkami, chamskim humorem, toną niewybrednych żartów, bo kto się pod koniec lat 80. ubiegłego wieku przejmował jakąś poprawnością polityczną. Scenarzyści pisali tak, jak mówili ludzie, bez górnolotnych frazesów i zastanawiania się, czy czasem jakaś grupa społeczna nie obrazi się, za nazwanie jej jakimś zgrabnym przymiotnikiem bądź przysłówkiem.

Tym razem para nietypowych gliniarzy dostaje pod opiekę równie nieogarniętego co oni świadka koronnego w procesie mafijnym – Leo Getza (Joe Pesci). Ten pan jest lepem na kłopoty, a do tego dosyć nieznośnym i męczącym jegomościem, którego trzeba niańczyć. Do tego wszystkiego dziwne rzeczy zaczynają się dziać w mieście. Na przykład pojawia się ogromna ilość złotych monet, pochodzących z RPA, a z urzędnicy z konsulatu coś za bardzo kryją się za immunitetami… Sprawa śmierdzi. Do tego dołóżmy jeszcze jeden problem: wypadek, w którym jakiś czas temu zginęła ukochana Riggsa. Teraz sprawa przestanie być zawodowa, a stanie się prywatna. Czas na zemstę.

Nie wiem czy to zmiana koncepcji, czy obecność Pesci na planie sprawiła, że druga część „Zabójczej broni” mimo ciągle fajnego poziomu kryminalno-sensacyjnego, staje się powoli komedią i to całkiem dobrą. Tak jak wspomniałam wcześniej – ja strasznie lubię, kiedy te dwa gatunki się przeplatają, tworząc bardzo fajne efekty. Powoli też blichtr i kicz lat 80. spływa, a finalny efekt nie jest już tak bardzo tandetny i niedopracowany. To nadal nie jest mój faworyt, jeśli chodzi o tę serię, ale już jesteśmy na dobrej drodze.

ON:

Rok 1989. Mam 9 lat. Zasmarkany i brudny biegam po podwórkach rodzinnego miasta. Przełażę przez płoty, obserwuję pająka zjadającego muchę, uciekam przed szczurami, które są w piwnicy. W czerwonych szortach na tyłku popierdzielam po trawie, a gdy nadchodzi zima brałem grube spodnie, ciepłe buty i ze znajomymi naparzaliśmy się śnieżkami i pomykaliśmy na sankach. Szkoła jest tylko wesołą igraszką, która bardziej bawi, niż uczy. Życie dziecka jest wyśmienite.

W grudniu tego samego roku w polskich kinach pojawiła się druga część „Zabójczej broni”. Nie wiem jakim cudem, ale na film ten zostałem zabrany przez starszego syna sąsiadki. Nie był szczęśliwy będąc moją opiekunką, ale widocznie jego starzy też chcieli poruchać. I tak staliśmy przy kasie biletowej. On lat 16 czy 17, ja niecałe 10. On usilnie starał się przekonać panią w kasie, że ten mały pulpet z boku ma 12 lat, bo taka była kategoria wiekowa tego filmu. Przynajmniej tak widniało w szklanej gablocie, gdzie wypisane były tytuły wyświetlanych produkcji. Może to kurtka, może coś innego, ale w końcu babka dała się wybłagać i weszliśmy na salę. Najlepsze jest to, że nie za wiele pamiętam z tamtego seansu. Było to lata temu. No dobra przyznam się: jedną z rzeczy jaką zapamiętałem jest nagi biust Patsy Kensit.

Jakiś czas później po raz kolejny miałem okazję obejrzeć drugą część przygód szalonego duetu Gibson/Glover, który tym razem zabrał się za dyplomatę z RPA oraz opiekował się księgowym mafii Leo Getzem (Joe Pesci).

Z perspektywy czasu stwierdzam, że każda kolejna część „Zabójczej broni” jest coraz to lepsza. Wreszcie Gibson mógł pokazać cały swój potencjał, a jego rola została dosłownie napisana pod niego. Glover pięknie „zdziadział” i w super sposób zagrał podstarzałą głowę rodziny, która poza sprawami zawodowymi ma masę problemów osobistych. Dorastające dzieciaki, kredyty, remonty i inne rzeczy, to jego chleb powszedni. Obaj gliniarze trafiają na samochód wypełniony złotymi monetami pochodzącymi z RPA. Ślad prowadzi do bardzo radykalnych białych, bojowników o czystość rasy. To opowieść o podziałach klasowych i rasizmie w najczystszej postaci. Aby ciężki temat nie był aż tak ciężki, wprowadzono postać wspomnianego wcześniej Getza. Śmieszny, pokraczny kurdupel, którego nikt nie lubi, a my i tak go kochamy za jego sposób bycia. Getz dosłownie kradnie niektóre sceny Riggsowi i Murtaugh.

„Zabójcza broń 2”, to bardzo udana kontynuacja klasyki. Niesamowity klimat, gagi i akcja dają nam film, który ogląda się sam. No i najważniejsze jest chyba to, że scenarzysta Jeffrey Boam idealnie połączył wątki z pierwszej części z tymi, które pojawiają się w drugiej. Spokojnie, nic więcej nie powiem.