ONA:

Czyli plastelinowe kury, które chcą latać!

Zacznę od tego, że my mieszkamy na wsi. I mamy kury. Dumnie kroczą po podwórku i przynoszą wiele radości. A to zjedzą nam agrest i czereśnie, a to wydziubią mamie sadzonki albo zaczynają trenować na olimpiadę, w konkurencji ‘skok przez płot’. Nasze kury są naprawdę cudownymi ptaszyskami, które łączą w sobie papugę (bo czasami siadają tacie na ramieniu), psa (bo siedzą wiernie przy nodze) i kota (po ocierają się).

A potem okazało się, że Dawid, wielki fan duetu ‘Wallace i Gromit’ nie widział nigdy tej bajki. Zaległość została nadrobiona.

Historia jest świetna. Kurza farma, z kurnikami na wzór koszar więziennych, kury z powstańczymi ideałami, do tego groźba ścięcia głowy i całkiem niezłe animizowanie. Główna bohaterka, Ginger, chce wyzwolić spod ludzkiej okupacji siebie i swoje koleżanki. W kurniku pojawia się Rocky, kurak cyrkowy, który naściemniał całej grupie, że kury potrafią latać. I chce nasze drogie bohaterki tego nauczyć, a czasu jest niewiele, bo oto okazuje się, że na farmie pojawia się tajemnicza maszyna przerabiająca kury na placki, a konkretnie na szarlotkę z kury, przy czym jabłka zamienione są na kurze bebeszki.

Z ciekawości zerknęłam na opinie ludu na Filmweb. Ludzie oburzają się tam, że to film nie dla dzieci, z przemocą wobec zwierząt itd. Po pierwsze, fakt – jedna kura traci głowę. Ale całość nie została pokazana. Po drugie, przepraszam bardzo, ja też kocham zwierzęta, ale nie bądźmy hipokrytami. Kury, poza wytwarzaniem jajek i uśmiechu, są również mięsem. Wiecie, je-dzon-ko! To klasyczne doszukiwanie się dziury w całym, zupełnie bez sensu.

Moją absolutną sympatię zyskały dwa cwane szczurki, które załatwia wszystko, sprzedadzą wszystko i nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

Finał jest absolutnie przewidywalny. Kury w końcu lecą, odzyskują wolność, a Rocky i Ginger biorą się za produkcję adeptów.

Bardzo, bardzo polecam! 

ON:

Wallece’a i Gromita uwielbiam. Każdą kolejną część oglądałem z uśmiechem na twarzy. Jest to rodzaj filmów animowanych, które powodują, że wierzę, iż można zrobić „bajkę” nie dla dzieci. Inteligentny pies, pocieszny wynalazca i cała masa fikuśnych przygód. Nie wiem jakim cudem przegapiłem „Uciekające kurczaki” i dopiero Paula przekonała mnie do ich oglądnięcia. Dla mnie ten film jak i poprzednie plastelinowe produkcje jest genialny.  Podobają mi się przerysowane postacie, rzeczy, scenografie. Kury mają wielkie kurze kupry, są głupie jak taczki, ferma kurza wygląda jak obóz jeniecki, a zarządzająca dobytkiem Panna (Pani) wredna, jest wychudzoną szaloną maszkarą. No bajka. Gdzieś w tym przekoloryzowanym świecie w kurniku pełnym kur z ruchu oporu, pojawia się kogut z głosem Mela Gibsona, który  jak wszystko inne jest szalenie przerysowany. Dzięki takiemu zabiegowi produkcje Panów Parka I Lorda ogląda się tak wyjątkowo dobrze. Od początku wiadomo, że będzie happy end, że wszystko potoczy się po myśli kurczaków, ale i tak każda minuta filmu zaskakuje. Pojawiają się nowi bohaterowie, pojawiają się nowe szalone pomysły nowe gagi. Kurczaki to film, o którym nie można napisać nic złego. Komedia, jaką nam zaserwowali twórcy powoduje salwy śmiechu szczerego trwające przez cały seans.

Szczerze polecamy!!