ONA:

Podczas oglądania „Hulka” doszłam do pewnych druzgocących wniosków…

  1. Ja też o byle co potrafię zrobić aferę.
  2. Podobnie jak Zielony, irytuję się w skrajnie szybki sposób.
  3. Jego umiała uspokoić ukochana, mnie słodycze. I Bowie.
  4. Ja, w odróżnieniu do Hulka, nie zielenieję w furii.

Jestem bardzo zaskoczona. Po dość słabawym „Thorze”, wpadłam w ramiona zielonego potwora, który bynajmniej nie był totalnie znienawidzonym przeze mnie ogrem, a jedynie naukowcem, który na skutek ogromnego napromieniowania, uległ ogromnej transformacji. W filmie „Incredible Hulk” ta część historii została upchana już w napisach początkowych, co dla mnie było ogromnym zaskoczeniem. Zwykle jest tak, że w filmach o superbohaterach dość wnikliwie pokazany jest ten proces „stawania się”, wchodzenia w nową rolę, a tu taki myk. Myślę sobie „Jeśli oni w 30 sekundach upchali to, co inni robią w połowie filmu, to co do cholery będę oglądać?!” Ha! Przede wszystkim oglądanie Edawrda Nortona to przyjemność sama w sobie. A jak do tego jest na granicy wkurzenia, z zadziornym wzrokiem i spoconą klatą, to sorry – ja jestem kupiona. To już seksizm?

Bruce Banner (E. Norton) od pierwszej transformacji w groźnego Hulka, próbuje znaleźć sobie miejsce na świecie. Uczy się sposobów wyciszania i uspokajania organizmu oraz próbuje odnaleźć lekarstwa, który pozwoli mu wrócić do „zwykłego” stanu. Zaszył się gdzieś w jakieś głuszy, odcięty od świata i ludzi, dla których stał się ciekawostką naukową, szczurem laboratoryjnym, który może posłużyć do niezbyt dobrych celów. Niestety, i na tym zadupiu go namierzają. Bruce musi znowu uciekać, ale tym razem, po piętach depcze mu Emil Blonsky (Tim Roth), którego ambicje są ogromne, i który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel… Oczywiście, żeby jeszcze bardziej utrudnić całą plątaninę emocji i powiązań, Bruce musi walczyć nie tylko z żołnierzem z przerostem ego, ale również z generałem, któremu marzy się produkcja „Hulków” w celach militarnych, i który zupełnie przypadkiem jest ojcem ukochanej Bannera, ślicznej Betty (Liv Tyler).

No podobało mi się to, noooo! „Niesamowity Hulk” jest bardzo dynamiczny, ciągle coś się dzieje, aczkolwiek nie wymagajmy tu jakieś wybitnie głębokiej fabuły. Wszystkie filmy z superbohaterami mają mniej więcej taki sam ciąg zdarzeń i okoliczności, a różnią się jedynie detalami. W tym konkretnym przypadku – jest bardzo fajnie. Jest brudno, jest zadziornie, nie ma zbędnego ciaćkania się z odbiorcą. „Niesamowity Hulk” to film, który idealnie wpasuje się w wieczorny seans, po ciężkim dniu, kiedy koc i drink są najlepszym lekiem.

ON:

Gdybym miał podać postać z universum Marvela, która zupełnie mnie nie kręci, to byłby to HULK. Zielony, durny i zupełnie nijaki. Gdybym miał porównać go do innego przerośniętego kolesia, to wydaje mi się, że spokojnie może stanąć obok kukurydzianego łba z Fantastycznej Czwórki. Dziś kolejna komiksowa opowieść i nawet jeśli nie jest ona zbyt górnych lotów, to całkiem sympatycznie się ją ogląda.

“HULK” jest historią jakich wiele w marvelowskim świecie. Mamy naukowca, który przez przypadek lub wypadek, staje się zieloną bestią. Można powiedzieć, że mamy rozdwojenie osobowości znane z doktora Jekylla i pana Hyde’a. Bruce Banner, bo tak zowie się wspomniany naukowiec, to łebski facet. Jego odkrycia nie mogą konkurować z intelektem Starka, ale nadal mówimy o specjaliście, który ma na trochę pod czaszką. Ma do chwili gdy nie wyjdzie z niego bestia. Zielony stwór to neandertal i tylko jedna osoba potrafi go okiełznać – jego ukochana. Oczywiście, jak to bywa w komiksach, pojawia się wojskowy wywiad, mający na celu zdobycie dziwnego mutagenu, bowiem może to zaowocować stworzeniem broni doskonałej – żołnierza idealnego. No i tak naprawdę na tym skupia się scenariusz.

Nie ukrywam, że Norton wcielający się w Bannera jest naprawdę dobrym wyborem. Drobny mężczyzna jest idealnym kontrastem dla zielonego bydlaka. Widać tutaj także skok jakościowy, jaki niosła za sobą ewolucja efektów specjalnych. Już minął etap chamskich nakładek i nareszcie dzieła o superbohaterach ogląda się bardzo dobrze. Tą plastikowość widać jeszcze było w Spider-manach, a już chwilę później zielone coś swobodnie biega po mieście.

Gdyby nie jedna scena, film po prostu byłby jednym z wielu, ale pojawienie się na końcu Stakra, który „zbiera ekipę”, bardzo ładnie łączy “HULK-a” z „Avengersami”. Pomimo tego, że mija 5 lat i zmienia się aktor wcielający się w Bannera, to nadal tworzy to zgrabną całość.

„The Incredible Hulk” jest dziełem skierowanym do fanów. Spokojnie może obejrzeć go osoba, która nie zna Universum, ale nie będzie ona miała takiego funu, jaki mają miłośnicy Marvela.