ON:

Doszliśmy do końca, doszliśmy do 7-mego i ostatniego dnia tygodnia z musicalami i filmami muzycznymi. Za nami produkcje mniej lub bardziej udane, ale wszystkie raczej na dość wysokim poziomie. Dziś mieliśmy zrecenzować „Nędzników”, ale po 20 minutach seansu Papi powiedziała „Dość!” i na szybko zmieniliśmy repertuar – trafiło na „Metallica: Through the Never”.

Przyznam się, że nie przepadam za tym zespołem. Nie jest tak, że nie trawię ekipy Hetfielda, ale po prostu nie jestem wiernym fanem. Jedyna płyta jaka mi się naprawdę podobała, to „S&M”, jakby nie patrzeć to taki „The Best Of”. Gdy w kinach pojawiał się trailer do tego filmu, nie zwróciłem na niego uwagi. Może i dobrze, gdyż tak naprawdę nie mamy tutaj do czynienia z filmem fabularnym w pełnym tego słowa znaczeniu, to także nie jest musical. Jest to raczej koncert z wepchaną na siłę fabułą. Na dodatek płyciutką, przekombinowaną i zupełnie niepotrzebną.

Film zaczyna się informacją, że w mieście odbędzie się jedyny koncert zespołu. Widzimy pierwszego fana, który zajechał na parking przed halą, gdzie obędzie się impreza, tutaj także poznamy głównego bohatera historii opowiedzianej w tym teledysku-koncercie. Chłopak ten zowie się Trip i jest jednym z pomocników ekipy starającej się, aby całe ogromne show odbyło się bez zakłóceń. Tak też na początku się dzieje. Hetfield i reszta wychodzą na scenę i zaczyna się muzyczna rzeź. Chłopak daje ponieść się przedstawieniu, bo nie można inaczej nazwać fantastycznej choreografii oraz towarzyszącym jej rekwizytom. Niestety, coś idzie nie tak i furgonetka z bardzo ważną przesyłką dla zespołu utknęła w mieście, prozaiczny powód – po prostu zabrakło benzyny. Tak zaczyna się Trip Tripa.

W 90 minutowym muzycznym przedstawieniu wątek podróży i przygód chłopaka zamyka się w około 25 minutach, reszta to czystej krwi koncert. Gdyby rozwinąć tą opowieść trochę bardziej, dostalibyśmy naprawdę ciekawą rozrywkę, gdyż wyglądające na proste zadanie, przeradza się w walkę o życie. Trip wpada w środek zamieszek, które wywołał dziwaczny mężczyzna na koniu. Apokaliptyczne elementy pojawiają się co chwila i wydają się mieć wiele wspólnego z muzyką zespołu. Utwierdza nas to tylko w przekonaniu, że zespół bez problemu może wesprzeć swoją muzyką każdą historię, wystarczy tylko, by była odpowiednio przygotowana.

„Metallica: Through the Never” – jest ładnie nagranym i złożonym teledyskiem, to także film, który skierowany jest do wiernych fanów zespołu osoby nie mające zbyt wiele wspólnego z tą grupą spokojnie mogą sobie odpuścić to dzieło.

ONA:

Dziś miało być wzruszająco i ambitnie. Finałowym filmem, którym w założeniu mieliśmy kończyć musicalowy tydzień, powinien być „Nędznicy”, bo nie tak dawno temu wszyscy – dosłownie – sikali pod siebie opisując go jako dzieło genialne, ponadczasowe itp. Ja nie lubię na ogół podniosłych produkcji, bo one zupełnie nie docierają do mojego umysły, ale – niech będzie. Odpaliłam go sobie w kuchni, kończąc jakieś danie i po 20 minutach miałam go serdecznie dość. Po 6 dniach wypełnionych świetną muzyką, ja nagle dostałam jakieś totalne jęczenie, podniosłe, zawodzące pieśni, których tak prosty organizm i gust jak mój, nie jest w stanie strawić. Wyłączyłam nędznych „Nędzników”, ciesząc się, że nie skazałam Dawida na oglądanie tej katorgi i na sobie testowałam to dzieło. Wyśmiewałby mnie przez 2 lata, a dopiero co skończył wypominać mi nieudaną „Coco Channel” z Audrey Tautou w najbardziej nudnej roli w swojej karierze. I trochę tak „na szybko” szukałam zastępstwa – filmu muzycznego, który wpisałby się w oczekiwania. Cóż. Wybrałam. Tytuł przykuł moją uwagę, ale fabułę wyobrażałam sobie zgoła inaczej, niż to, co zobaczyłam. Bo zobaczyłam 92 minutowy teledysk. Zobaczyłam 92 minutowy koncert, który przerywany był czymś dziwnym. Dziś „Metallica: Through the never”.

Myślałam, że to będzie film, o tajemniczym kolesiu i równie tajemniczej przesyłce, którą ma dostarczyć we wskazane miejsce. Po drodze oczywiście musi się coś schrzanić, najlepiej kilka razy, ale nasz bohater jest dzielny. W tle przygrywa mu odpowiednio dopasowana muzyka Metallici i jest super! Przecież taki heavy metal jest idealny pod wartką akcję, pościgi, wybuchy and all that jazz. Tymczasem dostaję fenomenalny zapis koncertu jednego z moich ukochanych zespołów, który ma genialną oprawę, a mi nawet przez pryzmat komputerowego monitora opada szczęka, i który co jakiś czas przerywany jest jakimś surrealistycznym snem, który dla mnie sensu zupełnie nie ma. Ale co sobie posłuchałam Metallici, to moje.

„Through the never” to pozycja wyłącznie dla fanów zespołu, względnie dla ludzi, którzy w kinematografii poszukują czegoś innego, czegoś dziwnego, zahaczającego o oniryzm. Próbując wyciągnąć trochę na siłę coś, co mi się podobało, to chyba powiedziałabym, że sam pomysł. Ale więcej sensu znajduję w starych teledyskach, niż w tej produkcji. Tak racjonalne głowy jak moja, nie są w stanie połączyć tego wszystkiego w jedną całość. Przyjemnie było spędzić ten czas z muzyką, ale to tyle.