ONA:
Bywa, że gdy wygrywasz – jesteś przegrany.
Wracam do tego filmu, kiedy jest mi się źle. Paradoksalnie, bo przecież to film o cierpieniu, o śmierci i traceniu bliskich. Na całe szczęście, happy end w tym filmie jest i spływa na mnie gorącym źródłem.
Historia jest niesamowita. On i ona, znajdują się pewnego dnia, zakochują się w sobie i splatają swoje życia w jedno. Do tego dołóżmy przepiękny, malowniczy krajobraz, wymarzony dom, wspaniałe dzieci, kariery. Bajka. Bajka, która nagle zmienia się w koszmar. Tragiczna śmierć dzieci, próba samobójcza, zakład dla czubków. A potem podnoszenie się z dna, z jeszcze bogatszą i silniejszą miłością. Znowu tylko on i ona. I są szczęśliwi, bo są razem. I nagle trach. Kolejny wypadek. Tym razem on umiera. Trafia w przepiękne miejsce, które na jednym z obrazów stworzyła ona. Miejsce, które miało być świadkiem ich wspólnego starzenia się. Miejsce bajkowe. On już w nim jest, ona pozostała na świecie. On spotyka w swoim niebie ukochanego psa i dzieciaki, spotyka swojego mentora. Ona tkwi zanurzona w ogromnym nieszczęściu, zbliżając się coraz bliżej do samobójstwa. I w końcu pęka. Ale w niebie nie ma miejsca dla tych, którzy burzą boski plan. Oni trafiają w nicość, do piekła ludzkiego cierpienia. On chce ją odzyskać. Wyrusza na poszukiwania swojej żony…
Polecam ten film nie tylko z powodu świetnej fabuły z przepięknym przekazem. Polecam go, bo jest po prostu przepięknym obrazem. Nagrody za najlepsze efekty i scenografię mówią same za siebie. Jeśli ktoś z Was tego filmu nie widział, zalecam uzupełnienie tego braku.
Bywa, że gdy przegrywasz – jesteś wygrany.
Dawid, tylko z Tobą mogłabym przejść przez piekło…
ON:
„Boską komedię” Dantego uwielbiałem w latach szkolnych. Dlaczego? Bo podobała mi się wizja 9 kręgów piekła, bo autor perfidnie rozprawił się z postaciami historycznymi i mitycznymi, bo w końcu jak by nie patrzeć poemat napisany był z miłości do ukochanej. Później stałem się starszym chłopcem, który obejrzał „Seven” który przypomniał mi „Raj utrcony” Miltona, a jakiś czas temu dopadłem „Dante’s Inferno” i wróciłem znów w 9 kręgów piekła. Coś w tym jest, że człowieka pociąga to co straszne i nieznane. Ale o tym za chwilę…
Robin Williams to dla mnie aktor komediowy. Nie ujmując Jego gry w Good Morning Vietnam, Good Will Huntining czy Awakenings. Za te role zdobył ogromną liczbę nagród i wyróżnień, ale mimo wszystko pozostał on aktorem komediowym.
I w ten oto sposób dochodzimy do dnia kiedy Paulina wyciąga DVD z filmem „What dreams may come” Pana Wincenta Warda, człowieka, który w swoim dorobku ma tylko kilka filmów. Pan Ward wziął aktora komediowego osadził go w dramacie o śmierci i miłości i stwierdził, że to wystarczy by osiągnąć sukces. Prawie mu się udało. Dlaczego prawie? Bo czegoś w tym filmie zabrakło. Zastanawiałem się czego? I już wiem. Piekła Dantego. Williams wędruje po zaświatach aby odzyskać swoją ukochaną. Tylko, że te zaświaty są takie jakieś niestraszne, jakieś takie pozbawione tej otoczki, tej straszności piekła z „Boskiej Komedii”
