ON:

Dzień trzeci z Griswoldami. Tym razem świątecznie i bez wyjazdów, bo tak naprawdę po co jechać na drugi koniec kraju, jeśli w rodzinnym domu też może być ciekawie. Wystarczy, że zorganizujesz domowe święta i zaprosisz na nie całą swoją rodzinę. Gwarantuję Wam, że zabawa będzie przednia. Swoją drogą chyba sami wiecie jak to jest, kiedy w Waszym domu ląduje bliższa i dalsza rodzina, a Wy musicie się z nimi wszystkimi męczyć. U Griswoldów jest podobnie.

Nie wyobrażam sobie świąt bez tego filmu, jest tak samo z nimi powiązany jak Kevin, który sam pozostał w domu. To już klasyka. Każda scena jest żywcem wyjęta z naszych domów, niezależnie od tego gdzie mieszkamy. Wszystko daje nam szeroki obraz bożonarodzeniwoej gorączki. Najpierw przecież trzeba zdobyć drzewko, później przyozdobić dom światełkami, zadokować gdzieś rodzinę, która pojawi się w najmniej oczekiwanym czasie, no i nie może zabraknąć prezentów.

W Griswoldach śmieszy wszystko, bo tak naprawdę w każdej ze scen widzimy kawałek naszych wspólnych świąt. Kocham scenę z wiewiórką i rozstawianie drzewka, uwielbiam jak Clark pomyka na pokrywie od kosza. Każdy drobiazg pokazuje nam jak bardzo zaprzątamy sobie głowę rzeczami, które są tak mało ważne, a zapominamy o magii świąt.

A tak na poważnie. Każdego roku Wigilia w wielu domach wygląda tak samo. Wszyscy przy stole staramy się ukryć wzajemne niesnaski, a kolacja robiona jest na zasadzie “zastaw się, a postaw się”. Często czekamy na ostatnią w tym roku premię lub wypłatę, po to, aby kupić prezenty reszcie bliskich. Kasa pojawia się w ostatniej chwili, więc upominki kupujemy na godzinę przed zamknięciem sklepów, gdy półki są już ostro przetrzebione, a sami na koniec także dostajemy paczkę z czymś, co było kupione za piętnaście dwunasta. Tak właśnie wyglądają Święta i choć każdego roku przyrzekamy sobie, że następnym razem będzie inaczej, to powielamy te same błędy.

Ktoś, kto wpadł na stworzenie tego dzieła, jest geniuszem lub sam musiał przechodzić przez piekło, które czeka nas pod koniec grudnia. Więc zamiast wkurzać się na cały świat, kurwić na wszystko w kącie – lepiej po prostu dać sobie chwilę na relaks i spędzić 90 minut z rodziną Griswoldów. Po tej jeździe zupełnie inaczej spojrzymy na czekającą nas kolację wigilijną. Warto!

ONA:

Trzecia część przygód zakręconej rodziny Griswoldów dzieje się „stacjonarnie”, w ich domu i mam nieodparte wrażenie, że najłatwiej się z nią zasymilować, bo hej – wszyscy wiemy jak wygląda przedświąteczny szał. Przecież nie ma łatwiejszego sposobu na skłócenie całej rodziny, jak wspólne spędzenie np. Bożego Narodzenia.

Clark Griswold, ojciec, mąż, niestrudzony idealista, pragnie spędzić najlepsze święta, o jakich mógł ktokolwiek zamarzyć. Piękne drzewko, które zachwyci wszystkich, iluminacja świetlna na elewacji, która pobije wszystkich, szczególnie w sąsiedztwie, uśmiechy, szczęście bliskich, smaczne potrawy i radość z wspólnego spędzania tego wyjątkowego czasu. Aaa, no i premia roczna, z którą wybuduje basen. Ja niestety należę do osób, które nie znoszą świąt, dlatego bardzo cynicznie do tego podchodzę i jak widzę takie nadmuchane zaangażowanie oraz ogromną potrzebę wywrócenia całego domu do góry nogami z powodu 2 wolnych od pracy dni, to mam ochotę skisnąć. I gdybym musiała święta spędzić z Clarkiem, to skończyłoby się to jedną, wielką awanturą…

Tymczasem u Griswoldów – jak już wspomniałam – plany były ogromne. Właściwie, wszystko było ogromne. Od drzewka, przez iluminację, po problemy. W myśl pradawnej zasady „Jak się coś sra, to po całości” – w domu Clarka i jego bliskich każdy kolejny dzień przybliżający ich do świąt, był jednocześnie krokiem do katastrofy… Oczywiście w całej swojej durności komedia ta ma całkiem rozsądny morał, o którym ciągle wiele osób zapomina, ale zanim dojdziemy do tego punktu – mamy awarię za awarią, ciągłe kłótnie i sprzeczki, i nawet jedną ofiarę śmiertelną.

Ta część zmęczyła mnie najbardziej, bo chyba za bardzo „emocjonalnie” do niej podeszłam. Clark najzwyczajniej w świecie mnie drażnił. Jakoś przemówiła przeze mnie totalna empatia i wczułam się – chyba nieco za bardzo – w pozostałą część rodzinki, którą na siłę próbowano uszczęśliwić magią świąt. Niemniej mamy tu nadal ogrom gagów i absurdalnych sytuacji oscylujących w granicach przyzwoitości, bo jak się okazuje, ani część pierwsza, ani druga nie wyczerpała potencjału tej zakręconej familii. A to, że teraz „siedzą na tyłkach” – absolutnie ich nie utemperowało. Clark ich wszystkich nieco zasłania, bo jest tu postacią najbardziej dominującą (a co za tym idzie – powodującą kłopoty) i można czuć przesyt (ja tak miałam), ale to nadal jedna z lepszych chamskich komedii, w której nie ma żadnej świętości.

Myślę, że „Witaj święty Mikołaju” szczególnie dobrze smakuje faktycznie w okresie bożonarodzeniowym.