Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Interstellar

ONA:

Nigdy nie przepadałam za sci-fi. Owszem, lubię przygody Ellen Ripley i „Gwiezdne wojny”, ale chyba bardziej z sentymentu. Do filmów z tego gatunku bardzo długo podchodziłam źle, wymagając od nich tego samego, czego od pozostałych. Aż wreszcie jakaś mądra głowa powiedziała mi, że mam nie szukać zbyt dużego sensu i logiki w produkcjach sci-fi. I to ma naprawdę, paradoksalnie ma sens! Mam po prostu oglądać, żyć historią bez analizy i rozkładania tego na części pierwsze. Odkąd dostałam tę lekcję, sci-fi ogląda mi się dużo lepiej. I dziś nadszedł ten dzień, w którym ja, osoba, o której ciężko nawet powiedzieć, że lubi tego typu produkcje, będzie broniła filmu, w którym nagle wszyscy zaczęli doszukiwać się sensu.

Są takie dzieła, które prędzej czy później przez kolejne pokolenia zostaną ocenione jako „klasyki”, produkcje przekraczające trendy, innowacyjne, inne, piękne i ważne. W każdym gatunku są takie filmy, które obejrzeć trzeba, szczególnie, gdy nazywasz się „fanem kina”. Gdy jakiś czas temu zobaczyłam trailer do „Interstellar”, jeszcze nie wiedziałam, że ta produkcja nie dość, że okaże się dziełem wartym obejrzenia, to jeszcze podzieli widzów tak mocno. Obiecałam sobie, że nie będę sobie spoilerować przed seansem, bo to zawsze w jakiś sposób wpływa na ocenę i postrzeganie, ale widziałam tę batalię pomiędzy tymi, którzy byli zachwyceni, a tymi, którzy kpili. Ja jestem zdecydowanie w tej pierwszej grupie i zaraz Wam wyjaśnię dlaczego. Ale najpierw – trochę o fabule.

Na Ziemi dzieje się źle. Kończy żywot ta nasza planeta, a wraz z nią – i my, ludzkość. Wydawać by się mogło, że wszystko dzieje się tak, jak powinno. Ale nie jest tak. Zapasy jedzenia kurczą się, bo rośliny nie chcą wegetować. Deszczu nie ma wcale, za to jest kurz i pył, wdzierający się wszędzie – od domu, po płuca. Ludzie są świadomi tego, że może jeszcze jedno pokolenie będzie mogło żyć na Ziemi, ale najpewniej wygnie ono na skutek głodu i uduszenia. W tym całym piekle żyje pewna rodzina. Cooper (Matthew McConaughey) przy pomocy teścia wychowuje swoje dzieci. Kiedyś był inżynierem, pilotem, teraz zajmuje się rolnictwem, zawodem, który zawsze stał gdzieś w tyle, a teraz jest najważniejszy. I pewnego dnia za sprawą Murph, swojej córki, zauważył anomalię, którą dość trafnie rozszyfrował. Mała była pewna, że ma w pokoju „ducha”, a Cooper podszedł do tego tematu trochę inaczej. Szybko rozszyfrował kod, zgadł, że to współrzędne geograficzne i tak trafił prosto pod bramę tajnej bazy, o której nie wiedział nikt. Na miejscu dowiedział się, że szykowana jest misja, której celem będzie znalezienie ludziom nowego domu… Oczywiście my już wiemy, że żadna z planet w naszym systemie solarnym nie byłaby wstanie ugościć nasz gatunek, ale pojawiła się pewna „furtka”. I to ona będzie celem misji, w której liczyć się będzie każda minuta…

Christopher Nolan to bardzo dobry reżyser. Jego filmy zaskakują i siedzą na ustach jeszcze długo po premierze. Zdefiniował on na nowo pojęcie „widowiskowości” kina, a jego bawienie się postaciami, miejscami, słowami jest zachwycające. Na „Interstellar” czekałam nie z powodu fabuły, Matthew, czy czego/kogokolwiek innego, ale właśnie dlatego, że jest to dzieło Nolana. I warto było. Jak cholera. Zachwycona jestem tym obrazem mocno, bo to jeden z tych filmów, który porusza, daje do myślenia i wcale nie jest taki oczywisty, jak można założyć. Ba, w nim nie ma niczego oczywistego, szczególnie jeśli chodzi o prawa fizyki. Ale ja z tej dziedziny nigdy nie byłam dobra. Może dlatego film ten nie był dla mnie „durny” i „bzdurny”, a po prostu zachwycający. Rozwaliła mnie dynamika tej produkcji. Nie dawała nam ona wytchnienia, bo działo się ciągle „coś”, co zmuszało nas do nieustannej czujności. Lawirowanie pomiędzy dramatem, akcją a sci-fi było świetne. A kiedy już wydawało mi się, że jest spokojnie – JEB. Od nowa!

Oczywiście pierwsze głosy, tuż po premierze, zaczęły mocno kpić i wyśmiewać „naukę” zawartą w filmie. Szczerze powiedziawszy – ja na to zupełnie nie zwróciłam uwagi, ale ja z fizyki to pamiętam tylko „Ciało rzucone na łoże traci na oporze”. Wychodzę z założenia, że jeśli chcę pooglądać coś, co ma sens, ręce i nogi – to oglądam film dokumentalny. W tym przypadku oglądałam sci-fi, które miało mieć historię, a to, że napleciono tu ponoć mnóstwo fizycznych głupot, to na mnie nie robi wrażenia. Moje doznania estetyczne – wizualne i słuchowe, były tak rozkosznie pieszczone, że mam to gdzieś, że Einstein, którego kocham, przewraca się w grobie. Zresztą, o czym ja mówię. Przecież to wszystko, co schowane jest w czeluściach wszechświata, jest ciągle tak odległe od nas, tak bardzo nieznane, że nie rozumiem zupełnie tej uzurpacji. Fizyka jest nauką, która ciągle trzyma nas w garści – jak żadna inna i skoro teraz zaczynamy podważać pewne teorie, to kto wie co będzie za jakiś czas…

Mogłabym bawić się w zadawanie pytań „A jak to?”, „A dlaczego?”, A po co?” i wielu innych. Tylko czy to ma sens? Na Teutatesta, to FILM! FABUŁA! Wymysł! To nie jest praca doktorska, czy plan podboju kosmosu. To może być co najwyżej kolejny dowód na to, że Matthew McConaughey gra z zbyt dużą ekspresją, a Hans Zimmer ciągle potrafi skomponować coś genialnego. Czy to ja, osoba, która zupełnie nie odnajduje się w sci-fi, mam Was przekonywać, że warto obejrzeć „Interstellar” na dużym ekranie, zachwycając się zdjęciami, dźwiękami i prując umysł kolejnymi metaforami? Bo tak jest. Ten filmowy masterpiece to jedna, wielka metafora. To film o miłości i poświęceniu. To film o wyborach i konsekwencjach. O czasie i przemijaniu. O etyce, a także o dobrych i nieco gorszych osobach. Dla mnie wisienką na torcie okazała się rzecz, z której kpiono równie mocno, co z bzdur fizycznych – jego zapętlona konstrukcja.

ON:

Jak daleko możemy się posunąć, aby uratować najbliższych? Co możemy zrobić, aby w sytuacji zagrożenia życia podjąć właściwą decyzję? Co dla człowieka jest ważniejsze: jego własne podwórko, czy może cała planeta?

Nim pojechałem z Pauliną do kina na „Interstellar”, postanowiłem, że poza trailerem unikać będą wszelkich recenzji i głosów krytyki. Niestety, w dobie Internetu jest to bardzo trudne. Aby totalnie się odciąć trzeba zaszyć się w opuszczonej chacie ulokowanej w lesie i wywalić telefon.

Gdzieś z sieci niosły się głosy, że Nolan zrobił kolejną „Odyseję Kosmiczną”, a na dodatek w dziele jest cała masa błędów i rzeczy zaprzeczającym zjawiskom fizycznym. Postanowiłem nie zwracać na to uwagi. Powody są dwa. Po pierwsze nie jestem fizykiem, po drugie mamy do czynienia z kinem science-fiction. Od tego gatunku możemy, ale nie musimy wymagać zgodności ze znanymi nam teoriami naukowymi. Tym bardziej, że z roku na rok pojawiają się odkrycia, które potrafią podważyć wiele z tego, co dawno temu pojawiło się w podręcznikach. Proponuję iść do kina na „Interstellar” i porzucić teorie znane ze szkoły. To nie film dokumentalny, lecz kino rozrywkowe.

Oderwawszy się od E=mc2 postanowiłem oddać się przeżyciom, jakie miał mi dostarczyć ten obraz.

Nolan, podobnie jak Cormac McCarthy, nie chce zdradzić nam co dokładnie dzieje się z Ziemią. Gdzieś, kiedyś zaczęła się tragedia, plaga, która zniszczyła część plonów. Suchy pył skrywał wszystko, a ludzie musieli sobie zacząć radzić w inny sposób. Zbrojenia przestały być ważne, bo po co się zabijać, jeśli za chwilę i tak wykończy nas kataklizm. Staramy się układać kawałki puzzli, tak bardzo niepasujących do siebie. Dron bojowy lata samoistnie do kilku lat i nikt się nim nie przejmuje, a jego baterie będą cennym źródłem zasilania. W szkole dzieciakom wybija się z głowy propagandę na temat lądowania na Księżycu, bo to przecież nic więcej, jak wymysł stworzony na potrzeby Zimnej Wojny. Praca fizyka, inżyniera, technika jest zdewaluowana, nie są oni potrzebni w codziennym życiu. Ważne dla przetrwania są inni – farmerzy. To od tego jak wzejdą ich sadzonki zależeć będzie, czy kolejne pokolenie będzie miało szansę przeżycia. W ten zniszczony świat Nolan wrzuca Coopera, mężczyznę w średnim wieku z dwójką dzieciaków i ogromną farmą. Ze szczątków informacji dowiedzieć się można, że kiedyś był pilotem i pracował dla NASA, ale z jakiegoś powodu jego kariera się zakończyła.

Cooper do wszystkiego podchodzi z nutką naukowca i badacza, ten swój dryg sprzedaje córce, Murph. Dziewczyna od najmłodszych lat stara się racjonalnie podchodzić do zjawisk, które ją otaczają. Pierwszą zagadką, jaką będzie musiała rozwiązać, jest dziwny „duch” zamieszkujący jej pokój. Próba wyjaśnienia zjawiska kierują ją i Coopera do starej, opuszczonej bazy, gdzie w tajemnicy przed wszystkim NASA po raz ostatni chce spróbować ratować Ziemian. W tym celu trzeba spróbować poszukać planety, która przyjmie nas na swoje łono. Jak wiadomo, w naszej galaktyce raczej nie ma miejsca na kosmiczne kolonie, ale okazuje się, że ktoś zostawił nam pewną furtkę.

Gdy oglądałem kolejne sceny zdałem sobie sprawę z tego jak mocno emocjonalny jest „Interstellar”. To kino potrafiące wycisnąć łzy nawet z najtwardszych facetów. Smutek, żal, złość poczucie bezsilności są tak realne, że wydaje się nam iż sami jesteśmy uczestnikami wyprawy i świadkami opisywanych wydarzeń. Nie wiem czy był film, na którym pomimo prób, nie udało mi się powstrzymać łez. Nolanowi się udało, wycisnął ze mnie ostatnie słone krople, które ściekały po moim policzku.